Przede wszystkim to nie była kandydatura na ten czas i na tę kampanię. Ona miała budować taką narrację, że PiS wszystko burzy, rujnuje, a ona wzywa do zgody. Ale przyszedł koronawirus. Sytuacja zmeniła się diametralnie, a ona nie była na to zupełnie przygotowana. Zupełnie nie czuła tej kampanii. Dlatego Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak-Kamysz odebrali jej poparcie. I już nie miała szans – z Andrzejem Stankiewiczem, publicystą Onet.pl rozmawia Przemysław Harczuk.
Jakie mają być atuty przemawiające za Rafałem Trzaskowskim jako kandydatem na prezydenta RP?
Andrzej Stankiewicz: Przede wszystkim – Trzaskowski i Tusk wypadli zdecydowanie najlepiej w wewnątrzpartyjnym sondażu. W sondażu dotyczącym drugiej tury prezydent stolicy nawet lepiej. Najsłabiej wypadł Bartosz Arłukowicz, którego zresztą obciąża fakt kierowania sztabem Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Bardzo stara się o nominację Radosław Sikorski, były szef MSZ. Chce, by kandydata wskazała Rada Krajowa partii, czyli wszyscy posłowie, senatorowie, eurodeputowani i przedstawiciele regionów. Ale zdecydowanie największe szanse ma Trzaskowski.
Tydzień temu mówił Pan, że jego start byłby wielkim ryzykiem…
Bo jest ryzykowny. Ciężko wejść w kampanię z okrojonym budżetem. W jej trakcie, zastępując innego kandydata, który dołował w sondażach. Do tego jest ten argument w PO, że jak Trzaskowski wygra, to przecież w Warszawie rządzić będzie komisarz z nominacji rządu PiS. Ale z drugiej strony – sam prezydent stolicy ma ambicje prezydenckie. Wie też, że jeśli nawet polegnie, to nikt nie będzie miał do niego pretensji, bo kampania została przegrana wcześniej.
Małgorzata Kidawa-Błońska – z piękną, rodzinną przeszłością, warszawianka z Ursusa, miała być atutem, okazała się obciążeniem PO. Czego zabrakło w tej kampanii?
Przede wszystkim to nie była kandydatura na ten czas i na tę kampanię. Ona miała budować taką narrację, że PiS wszystko burzy, rujnuje, a ona wzywa do zgody. Ale przyszedł koronawirus. Sytuacja zmeniła się diametralnie, a ona nie była na to zupełnie przygotowana. Zupełnie nie czuła tej kampanii. Dlatego Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak-Kamysz odebrali jej poparcie. I już nie miała szans.