Dokonali napadu stulecia. UNIKNĘLI KARY! 55 lat temu na Jasnej

 Wokół napadu z grudnia 1964 roku narosło wiele legend – zginął konwojent, zrabowano ogromną sumę, rabunku dokonano w centrum Warszawy i przy wielu świadkach, a sprawców nigdy nie złapano. Spekulowano, że zamieszani byli funkcjonariusze komunistycznych służb i stąd bezkarność bandytów. Teraz pojawiły się informacje, które być może wreszcie pozwolą zidentyfikować napastników. Procesu jednak na pewno nie będzie – sprawa od dawna jest przedawniona, a potencjalni sprawcy nie żyją.

Bank pod Orlami. To tu 55 lat temu dokonano napadu fot. Marcin Białek [CC BY-SA 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)]

Sensacyjne fakty ujawniła „Rzeczpospolita”: kilka miesięcy temu do Prokuratury Okręgowej w Warszawie zgłosił się mężczyzna posiadający nieznane informacje o największym bandyckim skoku w czasach PRL-u. Wprawdzie mężczyzna został przesłuchany, ale śledztwa nie podjęto, bo sprawa przedawniła się już 1994 roku. Dziennikarze „Rzeczpospolitej” zdołali jednak dotrzeć do tajemniczego informatora. Zdradził co wie i dlaczego tak długo milczał…
Ale żeby zrozumieć o co chodzi, trzeba sporo cofnąć się w przeszłość.
Centralny Dom Towarowy (późniejszy Smyk) był bardzo popularny wśród mieszkańców Warszawy, bo tutaj częściej można było kupić deficytowe w czasach Polski Ludowej towary. Zwłaszcza w okresie przedświątecznym „Cedet” przeżywał prawdziwe oblężenie. Klientów było sporo, a przez to w kasach pojawiały się ogromne ilości gotówki.
Utarg trafiał do pobliskiego banku PKO przy ulicy Jasnej. Niestety, za każdym razem zachowywano się w sposób schematyczny. Gotówkę umieszczano w jutowym worku i przewożono o tej samej porze, tymi samymi autami, a konwój składał się z trzech osób, kasjerki i dwóch strażników. Nie inaczej zachowano się wieczorem 22 grudnia 1964 roku, choć utarg z CDT wyniósł 1.366.500 zł (milion trzysta sześćdziesiąt sześć tysięcy pięćset złotych). W tamtym czasie to była astronomiczna kwota.
„Z auta wysiadły trzy osoby: główna kasjerka CDT Jadwiga Michałowska oraz dwaj strażnicy – konwojenci uzbrojeni w pistolety Zdzisław Skoczek i Stanisław Piętka. Ten ostatni rozejrzał się wokół i nie widząc niczego podejrzanego, wyjął z samochodu szary, ważący około 8 kg jutowy worek wypełniony wyłącznie banknotami” – wspominał w grudniu zeszłego roku Jerzy Jachowicz na łamach portalu tvp.info. – „Chwycił go jednorącz i szybkim krokiem skierował się w stronę głównego wejścia do Domu pod Orłami (tam działał bank – dop. red)”.
Wtedy zaatakowali bandyci. Jeden strzelił konwojentowi w klatkę piersiową, wyrwał worek z pieniędzmi i uciekł. Drugi napastnik strzelił Skoczkowi w głowę, konwojent zginął na miejscu. Kasjerka schowała się za samochodem i wyszła bez szwanku, choć bandyci strzelali też w kierunku auta.
Napad w iście amerykańskim stylu w centrum Warszawy był szokiem dla milicji. Zwłaszcza że bandyci wymknęli się obławy trwającej kilka dni, a śledztwo zakończyło się porażką, choć nie brakowało naocznych świadków rabunku i wszelkimi metodami infiltrowano przestępczy półświatek. Sprawców nigdy nie złapano, nie pomogły publikacje ich portretów pamięciowych. Nie trafiono też na trop pieniędzy. Napad nie został wyjaśniony przez ponad pół wieku. Niektórzy spekulowali, że w rabunek zamieszani byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i stąd powód fiaska akcji pod kryptonimem „P-64”. Taką bronią posługiwali się napastnicy (badanie łusek wykazało, że pistolet był wykorzystywany przy wcześniejszych napadach).
Gdy w 1994 roku sprawa uległa przedawnieniu, jasne się stało, że sprawcy nigdy nie poniosą kary. Niewielu też sądziło, aby kiedykolwiek udało się ustalić ich tożsamość. Przełom nastąpił kilka tygodni temu. Ujawnił się bowiem mężczyzna twierdzący, że rabunek utargu „Cedetu” przeprowadzili dwaj mieszkańcy Warszawy Antoni S. i Adam L. Jak relacjonował „Rzeczpospolitej” rozpoznał ich z portretu pamięciowego, znał osobiście, ale nigdy nikomu o tym nie powiedział – w obawie przed zemstą bezwzględnych bandziorów.
Dopiero teraz odważył się mówić. Zdradził, że w tamtym czasie Adam L. miał mieszkanie przy ulicy Marszałkowskiej i jest bardzo prawdopodobne, że tam się schronili zaraz po napadzie. Natomiast Antoni S. na Pradze prowadził handel samochodami. Ten drugi miał do odsiedzenia wyrok za przestępstwa finansowe i sam zgłosił się do więzienia – zrobił to tuż po napadzie. Za kratkami spędził kilka miesięcy.
Po wyjściu na wolność nagle zaczęło mu się bardzo dobrze powodzić.
„Jego samochodowy biznes rozkwitł, jeździł amerykańskim pontiakiem, jak na tamte lata autem bardzo luksusowym. S. zainwestował m.in. w zakład optyczny” – podkreśla „Rzeczpospolita”, a informator gazety twierdzi, że wielu ludzi domyślało się, kto stoi za napadem, ale nikt nie odważył się donieść milicji.
Co ciekawe, Antoni S. miał się znaleźć w kręgu zainteresowania śledczych wyjaśniających okoliczności rabunku z grudnia ’64 r. i ścigających sprawców. Tajniacy rozpytywali członków jego rodziny, ale ostatecznie nie trafił za kratki. Dlaczego? Tego już nigdy się nie dowiemy.
Niewiele wiadomo co Antoni S. robił w następnych latach. W czasie III RP jednak nadal żył w dostatku i raczej unikał rozgłosu. Choć raz stał się bohaterem jednej z kryminalnych afer. W 1998 r. uprowadzona została jego żona. Porywacze zażądali miliona dolarów. Ta historia też jest pełna znaków zapytania, bo mężczyzna zapłacił niewielką cześć okupu (nieco ponad 150 tys. $) i kobietę uwolniono. Później okazało się, że nie miała żadnych śladów potwierdzających stosowanie przemocy, porywacze doskonale orientowali się w sytuacji materialnej Antoniego S., nawet sugerowali co może sprzedać, aby zdobyć gotówkę.
„Czy mogło to być fikcyjne uprowadzenie, aby wyłudzić od Antoniego S. pieniądze? Nie ma jasności, bo sprawcy nie zostali nigdy zatrzymani” – podała „Rzeczpospolita”.
Dziennikarze „Rz” zapytali także swojego rozmówcę, czy sprawcy w czasach PRL mogli być chronieni przez Służbę Bezpieczeństwa. Ten stanowczo odpowiedział, że Antoni S. był na usługach komunistycznych służb specjalnych. W katalogach Instytutu Pamięci Narodowej nie ma jednak jego nazwiska.
Antoni S. nigdy nie wyjaśni tych wątpliwości. Mężczyzna zmarł w 2013 roku.

Łucja Czechowska (Źródło:”Reczpospolita”)

Dodaj komentarz