Tolerancja w kolorze RED. O czczeniu zbrodniarzy w stolicy

Wiaczesław Mołotow (z lewej) z Joachimem Ribbentropem. Obaj kilka miesięcy wcześniej podpisali pakt, który był czwartym rozbiorem Polski fot. By Bundesarchiv, Bild 183-1984-1206-523 / CC-BY-SA 3.0, CC BY-SA 3.0 de, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=5344633

Fakt, że w stolicy Polski, kraju podobno demokratycznego i niepodległego czczeni są komunistyczni zbrodniarze jest oczywistym skandalem. I nie przekonuje mnie argument, że pewne elementy (na przykład sklep artystyczny) mają charakter prześmiewczy. Owszem, byłem kiedyś w sympatycznym nawet lokalu, który nawiązywał do stylistyki filmów Stanisława Barei. Czym innym jest jednak nabijanie się z absurdów minionej epoki i w gruncie rzeczy dość miękkich czasów Edwarda Gierka, a czym innym jest gloryfikowanie okresu stalinowskiego terroru, czy też sowieckich zbrodniarzy. A Mao, Mołotow, czy Bierut zbrodniarzami faktycznie byli. Poza tym, pamiętamy jak kilka lat temu wybuchła afera, gdy właściciele jednej z knajp przy Nowym Świecie nazwali ją „Piwnicą u Fritzla” (Josef Fritzl – austriacki zabójca i pedofil, który w swojej piwnicy przez 24 lata więził i gwałcił swoją córkę, zabił też własnego syna – red.). Słusznie – takich nazw lokali być nie powinno. Nikomu nawet – i bardzo dobrze! – nie przyszło do głowy, by lokale rozrywkowe nazywać imionami polityków III Rzeszy. Dla zbrodniarzy komunistycznych i właściciele lokali, i ludzie kultury, i urzędnicy, są nad wyraz łaskawi. Zastanawiające.
Antoni Zankowicz

Dodaj komentarz