„Narodziny gwiazdy”, czyli miłość w czasach show-businessu

Miłosna historia pomiędzy podupadającym pieśniarzem country a utalentowaną wokalistką to klasyczny melodramat ubrany w nowe szaty.

plakat filmu, fot. mat. pras.

Hollywood lubi aktorów reżyserujących własne filmy i zapewne reżyserki debiut Bradleya Coopera nie pozostanie nie zauważony podczas przyszło-rocznych Oscarów. „Narodziny gwiazdy” to tytuł trafiający w gusta konserwatywnej Akademii Filmowej – zwłaszcza, że scenariusz filmu oparty jest na znanej historii, po raz pierwszy zaadaptowanej w 1937 roku przez Williama A. Wellmana. Później jeszcze dwukrotnie kino wracało do historii o dwojgu artystów, którzy wspierają się na scenie, lecz nie najlepiej radzą sobie za kulisami. W kolejnych adaptacjach tego scenariusza – z 1956 i 1976 – w pierwszoplanowy duet wcielali się odpowiednio Judy Garland i John Mason oraz Barbara Streisand i Kris Kristofferson. A zatem poprzeczka zo-stała ustawiona wysoko. W nowej wersji mierzą się z nią właśnie Bradley Cooper i Stefani Joanne Angelina Germanotta, znana lepiej jako Lady Gaga.

Można byłoby się obawiać o taki wybór aktorski – bo przecież ani Bradley Cooper nie ma doświadczenia w śpiewaniu na ekranie, ani Lady Gaga nie sprawdziła się dotąd jako aktorka pierwszoplanowa w filmie pełnometrażowym. A jednak obsada stanowi siłę „Narodzin gwiazdy”. Nie tylko dlatego, że oboje wywiązali się ze swoich ról, lecz przede wszystkich dlatego, że pomiędzy parą kochanków wyczuwalna jest ta specyficzna aura, która jest niezbędnym elementem melodramatycznej układanki. W nowych szatach, w nawiązaniu do współczesnych gatunków „Narodziny gwiazdy” pozostają bowiem historią o niespełnionej miłości, nie ma więc wątpliwości, że mamy do czynienia z najbardziej typowym przykładem melodramatu.

Jaki jest jednak sens opowiadania tej samej historii po raz kolejny? Wydaje się, że sednem nowego scenariusza Bradleya Coopera, Willa Fettera oraz Erica Rotha jest rozbudowa męskiej postaci. Reżyser, a zarazem wykonawca głównej roli zrobił to z pewnością z myślą o własnym emploi. Jego Jack Mine to mocno wytargany przez życie pieśniarz, gwiazda muzyki coutry (choć w gruncie rzeczy trudno zbudować sobie przekonujące wyobrażenie o repertuarze tej postaci). Postać Bradleya Coopera to „chłopak z Arizony”, który – podobnie jak rola w „Snajperze” (2014) Clinta Eastwooda – składa się na typ silnego, chociaż wrażliwego człowieka prowincji. W „Narodzinach gwiazdy” ten charyzmatyczny muzyk naznaczony jest smutną historią rodzinną o alkoholizmie, która ciągnie się za nim, podobnie jak nieco zło-wieszcza postać brata (Sam Elliot). Odziedziczona słabość do gorzałki coraz mocniej ciągnie Jacka do ziemi – lecz kiedy jeszcze może wejść do baru o własnych siłach, spotyka Ally (Lady Gaga).

To pierwsze spotkanie ma w sobie posmak amerykańskiej prowincji oraz niesie przekonujący obraz codzienności ludzi, którzy swoje artystyczne am-bicje muszą godzić z niewdzięczną pracą w restauracji, gdzie talent i poczucie godności trzeba schować do kieszeni. Tak właśnie wygląda życie Ally, zanim stanie się tytułową gwiazdą. Kiedy spotyka Jacka, młoda bohaterka akurat śpiewa w klubie z Drag Queens – ale to właśnie dzięki temu występowi poznaje sławnego muzyka. Mija zaledwie kilka godzin, kiedy oboje zbliżają się do siebie, a po kilku dniach Ally jest już gwiazdą – głównie dzięki brawurowo wykonanemu razem z Jackiem duetowi w stylu retro (piosenka „Shallow”). Tytułowa mielizna jest tutaj synonimem prozaicznego życia, z którego oboje pragną się wyrwać – choć może także zapowiedzią płycizny i artystycznej miernoty, w którą wkrótce zabrnie Ally. Nie da się jednak ukryć, że ten krótki moment spełnienia jest w jakimś sensie również szczytowym momentem filmu, kiedy jego rytm zdaje się idealnie odpowiadać dynamice związku głównych bohaterów.
Potem – wedle klasycznej zasady melodramatu – przychodzą problemy. On coraz bardziej się zapija, a ona rozmienia swój talent na drobne, występując jako solowa artystka w kiczowatych dekoracjach z trywialnymi piosenkami o błahych miłostkach. Nie trzeba znać poprzednich części, żeby spodziewać się, do czego to doprowadzi. Niestety to jest właśnie największą wadą „Na-rodzin gwiazdy” Coopera – przewidywalny rozwój akcji w drugiej części fil-mu sprawia, że zaczynają drażnić także inne jego cechy. Chociażby sposób, w jaki pokazano mechanizmy przemysłu muzycznego – w którym za całe zło odpowiada diaboliczny menadżer – sprowadza całą rzecz do banału: miłość w czasach show-businessu jest niemożliwa. Ale czy nie dla takich banałów wciąż ogląda się melodramaty?

Tomasz Szelestowski

Dodaj komentarz