Saga rodu czarodziejów

„Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda” może sprawiać wrażenie filmu o magii i dziwnych stworach, ale w gruncie rzeczy to filmowa telenowela w stylu fantasy.

fot. mat. pras. plakat promujący film

W serii adaptacji „magicznej” prozy Joanne Kathleen Rowling nowa produkcja Davida Yatesa jest dziesiątym filmem. Po ośmiu ekranizacjach powieści o Harrym Potterze, przyszła pora na produkt uboczny (czyli spin-off), opowiadający historię z okresu dwudziestolecia międzywojennego, osadzoną jednak w tym samym świecie czarodziejów, co siedem części „Harry’ego Pottera”. Nowym bohaterem Rowling (i, w zamierzeniu pięciu kolejnym filmów!) ma być Newt Skamander. „Zbrodnie Grindelwalda” to druga część tej serii. W filmowej wersji tego nieco aspołecznego odludka z najwyższym poświęceniem troszczącego się o magiczne stwory gra Eddie Redmayne. Obok Johny’ego Deppa w roli czarnego charakteru oraz Jude’a Lawa, grającego tutaj mentora głównego bohatera to największa gwiazda „Fantastycznych zwierząt”.
Na papierze nowa produkcja wygląda zatem na „skazaną na sukces”. Gwiazdorska obsada, nawiązanie do sprawdzonych schematów, a w dodatku baśniowy anturaż uroczo wyglądających stworów, który ma przyciągnąć zapewne najmłodszą publiczność – to prosta recepta na sukces. Jednak problem z tego rodzaju projektami polega na tym, że muszą zaspokajać różnego rodzaju zobowiązania. Musza się podobać zarówno dzieciom, jak i rodzicom, każda z gwiazd chce otrzymać rolę o dość rozbudowanej historii, a dodatkowe atrakcje w postaci efektów specjalnych czy olśniewających potworów też powinna zajmować dość dużo czasu. Właśnie dlatego „Zbrodnie Grindelwalda” rozrosły się do rozmiarów bardzo długiego odcinka telenoweli, w której sama magia tak naprawdę nie jest ważniejsza. Gdyby od filmu Yatesa odciąć cały ten fantastyczny anturaż, okazuje się, że treścią scenariusza jest saga o rodzinie, romansach, niekochanych dzieciach oraz odrzuconych miłościach.
Główna oś akcji przebiega gdzieś pomiędzy postaciami granymi przez trzech wspomnianych gwiazdorów. Newt Skamander (Redmayne) otrzymuje od charyzmatycznego czarodzieja Dumbledore’a (Law) tajną misję wykrycia i przeciwstawienia się diabolicznemu Grindewaldowi (Depp). Tytułowy czarny charakter z kolei zmierza do Paryża, aby zmanipulować tajemniczego, ale z pewnością kluczowego dla całej intrygi mężczyznę o imieniu Credence (Ezra Miller). Jeżeli dołożyć do tego domniemane zaszłości (przyjaźń?) pomiędzy Dumbledorem a Grindewaldem to w istocie wymarzony materiał na telenowelę, której bohaterowie stają się jednocześnie aktorami walki pomiędzy Dobrem a Złem. Dobro reprezentuje tutaj oczywiście postać grana przez Jude’a Lawa – prawego, ale tolerancyjnego czarodzieja i dyrektora słynnej szkoły dla magów. Dla odmiany postać grana przez Johny’ego Deppa ma ambicje nieomal totalitarne – pragnie supremacji czarodziejów i podporządkowania świata niemagicznego (a w praktyce zniewolenia świata zwykłych ludzi czarodziejom). W anturażu dwudziestolecia międzywojennego porównanie do Hitlera narzuca się samo, a scena, w której Grindelwald zwołuje swoich popleczników na wzór perteitagu nie pozostawia wątpliwości.
Niestety to nie koniec komplikacji. Do głównego wątku doczepiono bowiem cały szereg motywów pobocznych, które tak naprawdę powielają główny temat. Mamy zatem wątek miłosny głównego bohatera, wątek romansowy pomiędzy światem ludzi i magów, a także wątek przeszłości głównych postaci dramatu rodzinnego rozpisany ponadto na kilka głosów. Ta wielogłosowość sprawia ponadto, że trudno stwierdzić, która wersja opowiadanej historii jest najbardziej wiarygodna. Wydaje się, że J. K. Rowling jako scenarzystka filmu niezupełnie zrozumiała kinową formułę opowiadania, która mimo wszystko powinna zawierać się pomiędzy spójnym początkiem i końcem. W jej wersji film jest trochę jak przerośnięty odcinek telenoweli wychylonej w stronę przeszłości (przypomnienie intrygi poprzedniej części) i zapowiadającej kolejne odcinki serii o „Fantastycznych zwierzętach”.
Dla osób niespecjalnie zainteresowanych śledzeniem rodzinnej sagi o czarodziejach i ich skomplikowanej przeszłości pozostaje kilka dodatkowych atrakcji. Sceneria przedwojennego Paryża w nieco pocztówkowym wydaniu stanowi wyraziste tło dla kilku faktycznie efektownych scen. Jest jeszcze jeden powód – powrót Johny’ego Deppa nie tylko do niezłej formy, ale i do gry aktorskiej, która jest czymś więcej niż błazenadą.

Tomasz Szelestowski

Dodaj komentarz