Wywołał alarm w szpitalu, bo nie lubi prezesa PiS. I wziął za to „kilkaset euro”

„Prywatne państwo prezesa PiS”, „Dyktatorek ma mieć komfort i spokój! Prywatne państwo, prywatny szpital!” – takie komentarze pojawiły się, gdy w maju służby zablokowały wejście do szpitala przy Szaserów i nie wpuszczały tam ludzi. Szybko okazało się, że chodzi nie o „zamykanie szpitala dla prezesa” ale o alarm bombowy. „Żartownisiem” okazał się Janusz C., który jak przyznał wywołał zamach, bo „nie lubi prezesa PiS”. Śledztwo w tej sprawie właśnie zakończono. Mężczyźnie grozi kara do ośmiu lat więzienia.

Szpital przy ul. Szaserów w Warszawie, fot. Adrian Grycuk Adrian Grycuk [CC BY-SA 3.0 pl (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/pl/deed.en)], from Wikimedia Commons

Kluczowe wydarzenia rozegrały się w piątkowe popołudnie 11 maja tego roku. Mieszkańcy stolicy zauważyli jakieś zamieszanie przed wejściem do Wojskowego Instytutu Medycznego. Ludzi nie wpuszczano do środka, pojawiły się policyjne radiowozy, powstało spore zamieszanie. Nikt postronny nie wiedział co jest powodem, ale niektórzy dopowiedzieli sobie resztę… Bo nie było wówczas żadną tajemnicą, że w szpitalu przy ulicy Szaserów przebywał prezes PiS Jarosław Kaczyński. Jeden z dużych portali sugerował, że pacjenci i odwiedzający byli odprowadzani z kwitkiem, bo w lecznicy przebywał lider rządzącej partii. „Pycha kroczy przed upadkiem” – pisał pewien dziennikarz, a Michał Szczerba z PO pisał: „Niepojęte! Dyktatorek ma mieć komfort i spokój! Prywatne państwo, prywatny szpital!”. Podobnych wpisów było więcej.
Do czasu, aż komunikat wydał Wojskowy Instytut Medyczny.
„Służby prowadzą działania sprawdzające na terenie szpitala po anonimowym telefonie o podłożeniu ładunku niebezpiecznego”. Później jeszcze WIM podał, że nie było zagrożenia, podziękował też większości mediów. „Tylko jeden portal próbował zbić na tym klikalność. To jest żenujące!” – podkreślono.
W związku z tą sytuacją pojawił się słynny wpis ministra Brudzińskiego, który sprawcę fałszywego alarmu bombowego nazwał debilem i zapewnił, że szybko zostanie schwytany.
Podczas śledztwa prowadzonego przez Prokuraturę Okręgową Warszawa Praga odkryto, iż telefony do szpitala były wykonane… z terytorium Francji. Autorem fałszywych alarmów okazał się Polak, 46-letni Janusz C. Ustalono dokładne miejsce pobytu mężczyzny, ale żeby poniósł konsekwencje musiałaby być wszczęta żmudna procedura ekstradycyjna. Policjanci zaangażowani w sprawę zdobyli jednak informację, że „dowcipniś” wkrótce przyjedzie do Polski. I rzeczywiście 3 lipca wysiadł z samolotu na warszawskim lotnisku. Tam został zatrzymany. Mężczyzna był kompletnie zaskoczony, nie stawiał oporu, miał nawet przy sobie telefon, który kilka tygodni wcześniej wykorzystał do wywołania alarmu w Warszawie.
„Janusz C. przyznał się do popełnienia zarzucanego mu czynu oraz złożył wyjaśnienia w których wskazał motywację jaką się kierował informując o podłożeniu bomby” – poinformował prokurator Marcin Saduś.
Śledztwo właśnie zostało zakończone, a akt oskarżenia trafił do sądu. Prokuratorzy już zapowiedzieli, że będą chcieli więzienia dla sprawcy oraz pokrycia przez niego kosztów majowej akcji.
Ale dlaczego Janusz C. to zrobił? Prokuratura nie ma wątpliwości, że chodzi o „polityczną motywację”. Tamtego piątku mężczyzna pił alkohol z kolegami.
„Dowiedział się, że Jarosław Kaczyński przebywa w szpitalu przy ul. Szaserów. Jarosław Cz. nie krył niechęci do prezesa PiS. Powiedział prokuratorowi, że „pewien mężczyzna” nakłonił go do wywołania fałszywego alarmu bombowego. Cz. miał za to dostać kilkaset euro” – ujawnił portal tvp.info
Januszowi C. grozi do 8 lat pozbawienia wolności.

Łucja Czechowska

Dodaj komentarz