Dla każdego coś miłego, czyli „Bohemian Rhapsody”

Najnowszy film Bryana Singera to spłycona historia życia lidera zespołu The Queen, Freddiego Mercury’ego.

fot. matr. pras. producenta

Bryan Singer to twórca jednego z najbardziej tajemniczych amerykańskich kryminałów, czyli „Podejrzanych” (1995). Trudno sobie wyobrazić, że autor tej kinowej zagadki podpisał się także pod „Bohemian Rhapsody”, czyli pod dziełem zupełnie pozbawionym tajemnicy, zagadki czy jakichkolwiek innych cech wynoszących go ponad przeciętność. A jednak najnowszy film Singera to po prostu poprawnie zrealizowany „biopic” o Freddim Mercurym z czasów działalności zespołu The Queen. Kłopot polega na tym, że biografia autora albumu „A Night at the Opera” zupełnie nie przystaje do takiej ugłaskanej oraz ugrzecznionej wizji.
W „Bohemian Rhapsody” poznajemy głównego bohatera w momencie, kiedy spotyka swoich przyszłych kolegów z zespołu, a równocześnie przyszłą narzeczoną. Freddy (a właściwie Farrokh Bulsara) wychodzi z domu rodzinnego na koncert rockowy, tak jakby po wypiciu którejś herbaty w towarzystwie swoich rodziców (którzy byli z pochodzenia Parsami, bardzo przywiązanymi do swojej tradycji) nagle postanowił odmienić swoje życie. Ta przemiana nie jest w żaden sposób uwiarygodniona psychologicznie, ale w tym momencie dla reżysera to nie jest najistotniejszy element układanki. Twórcy filmu z o wiele większą pieczołowitością zainscenizowali ujęcia, w których Freddie starannie konstruuje swój sceniczny image, dobierając co bardziej ekstrawaganckie części garderoby. Przyszła narzeczona, Mary (Lucy Boynton) maluje mu oczy, aby wyglądał jeszcze bardziej oryginalnie. I oto jest! – tak narodziła się gwiazda. Głównemu bohaterowi podejrzanie łatwo przychodzi ubranie nowej tożsamości.
A przecież poczucie odmienności to część dziedzictwa The Queen. Zresztą stało się ono kanwą wielu piosenek zespołu. Trudno się oprzeć wrażeniu, że odmienność ta pozostaje tutaj sprowadzona do jej zewnętrznych przejawów, takich jak wspomniany już sposób ubierania się Freddiego, czy jego ekscentryczny styl życia. Jednak samo eksponowanie ekscesów nie pozwala się zbliżyć do ich prawdziwej przyczyny. Ważnym momentem filmu jest scena, w której mężczyzna wyznaje swojej narzeczonej, że jest biseksualny, co ma związek z wyprawą do Stanów Zjednoczonych w latach siedemdziesiątych. To tam miał odkryć swoją tożsamość, która w gruncie rzeczy, jak sugerują autorzy filmu, była homoseksualna. Sama scena jest zaskakująco chłodna emocjonalnie. Ale chłód jest konsekwencją metody twórców filmu – wszystkie konflikty zostają przez nich wygładzone, tak aby każdy bohater mógł wyjść z twarzą, a żaden widz nie poczuł się urażony – może poza społecznością gejowską. Temat kultury tożsamości gejowskiej został tu sprowadzony wyłącznie do dzikich imprez z zagrożeniem AIDS w tle. Jest Zły Gej (partner, który wykorzystał i zdradził Freddiego) oraz Dobry Gej (przyjaciel i ostoja w ostatnim okresie życia), co dopełnia obraz nieznośnej symetrii w konstruowaniu wizji życia Mercury’ego.
Podejście scenarzystów do historii zespołu można najkrócej opisać jako metodę „dla każdego coś miłego”. Ci, którzy oczekują paru szczegółów o powstawaniu kompozycji, dostaną ujęcia z prób. Dla tych, którym zależy na kontekście epoki, przygotowano garść scen konfliktów z producentem z wytwórni muzycznej. Wreszcie miłośnicy efektownych rekonstrukcji wielkich koncertów będą mogli nacieszyć uszy i oczy długą i rzeczywiście monumentalną sekwencją z charytatywnego występu podczas Live Aid. Każdy z ważniejszych przebojów ma tutaj swoje miejsce i czas, chociaż niekoniecznie funkcjonalne dramaturgicznie. Ci, którzy chcą zobaczyć Freddiego podczas dzikich orgii, nasycą swoje oczy. Ci, którzy chcą ujrzeć go w objęciach rodziny, od której poniekąd się odciął, również odetchną z ulgą. Pytanie tylko, czy to wszystko nie jest zbyt równo przystrzyżone i podejrzanie pozbawione jakichkolwiek kantów. Ostatecznie coś, co jest do wszystkiego, może okazać się do niczego.
Można się tylko domyślać, że w finalnej wersji producenci filmu musieli zadbać o dobry i poprawny wizerunek zespołu, ponieważ pozostali członkowie The Queen w tej czy inny sposób czuwali nad realizacją „Bohemian Rhapsody”. Nie jest to na pewno zły film – także dzięki wysiłkom Ramiego Maleka, który wciela się w postać lidera zespołu i robi wszystko, by jego bohater ożył mimo płytkiego scenariusza. Nie jest to też dobry film, a na pewno nie spodoba się tym, którzy po historii zespołu oczekują czegoś więcej niż katalogu najważniejszych piosenek okraszonych epizodami z życia, które niewiele wnoszą do zrozumienia niebanalnej postaci, jaką z pewnością był Freddie Mercury.

Tomasz Szelestowski

Dodaj komentarz