„Dogman” Matteo Garrone. Człowiek człowiekowi psem

Najnowszy film Matteo Garrone to wizja przestępczości na włoskiej prowincji, gdzie spirala zła nie oszczędza nawet dobrotliwego psiego fryzjera.

fot. plakat filmu

Po przygodzie z baśniowymi opowieściami („Pentameron”, 2015) Matteo Garrone powraca do sprawdzonej tematyki kryminalnej, dzięki której dekadę wcześniej zasłynął jako reżyser „Gomorry” (2008). Tym razem jednak odchodzi od spektakularnych wizji o mafii na rzecz bardziej kameralnej historii pospolitego zła. Tytułowy Dogman to psi fryzjer, Marcello (Marcello Fonte), który prowadzi dość monotonne, lecz poukładane życie gdzieś na włoskiej prowincji. Poza zapyziałym zakładem fryzjerskim ma niewiele, ale cieszy się szacunkiem małej społeczności. To daje mu poczucie względnej stabilizacji, dzięki której ze spokojem codziennie otwiera przyrdzewiałe wejście do swojego „salonu”. Kłopoty zaczynają się, kiedy wschodzi w przestępczy układ z Simone (Edoardo Pesce) – byłym bokserem, który ma problemy z narkotykami i niekontrolowanymi napadami agresji. A raczej to jego otoczenie ma z nim problem.
Na pierwszy rzut oka mężczyzn różni wszystko: od wyglądu zewnętrznego po temperament i tryb życia. Były bokser prowadzi hulaszczy żywot, którego rytm wyznaczają kolejne kreski kokainy. Terroryzuje lokalną społeczność i zasila swój budżet drobnymi napadami. Dlatego chudy Marcello z wyłupiastymi oczami, stojąc naprzeciw zwalistego oraz pewnego siebie Simone, robi wrażenie miniaturowego pinczera drżącego na widok bulteriera. Porównanie wydaje się o tyle zasadne, że reżyser – choć operuje konwencją brudnego realizmu – nie unika efektownych metafor także w sferze obrazowania relacji międzyludzkich. Te z psami w roli głównej są zresztą na porządku dziennym.
Pozornie niewinny układ szybko eskaluje i to chyba jest głównym tematem filmu – sposób, w jaki zło zdobywa kolejne przyczółki, jak drobne przestępstwa przeciągają na ciemną stronę nawet tych „porządnych” obywateli, których nikt z sąsiadów nie podejrzewałbym nawet o skrzywdzenie psa. Zaczyna się od pośrednictwa w sprzedaży kokainy, dzięki któremu Marcello może zabrać córkę na zagraniczną wycieczkę i oderwać się od szarej rzeczywistości. Przypadkowe zaangażowanie psiego fryzjera w napad na willę nakręca jednak spiralę złą, z której wątły mężczyzna nie potrafi się wyplątać. Osobliwa relacja z Simone coraz bardziej zaczyna przypominać tę pomiędzy psem i jego właścicielem – oczywiście w znaczeniu negatywnym. Agresor wykorzystuje Marcello, bije go, pogardza nim, tym samym jeszcze bardziej uzależniając go od siebie.
Film Garrone świadomie burzy popularne wyobrażenia o włoskiego prowincji. Zamiast słonecznych plaż oglądamy podupadły nadmorski kurort z wyszczerbionymi blokami. Na dodatek ma się wrażenie, że wiatr od morza wciąż przynosi irytujący deszcz. Nie ma tu przystojnych mężczyzn i świetnie gotujących kobiet, za to nie brakuje tu szpetnych twarzy drobnych opryszków oraz spracowanych kobiet. Reżyser celowo ucieka od upiększania rzeczywistości, aby stworzyć nastrój beznadziei, w której zło może być jedynym logicznym rozwiązaniem sytuacji i sposobem na wyrwanie się z pułapki. W tej typowej dla kryminału scenerii charakterystyczne są także relacje społeczne – rządzi tutaj patriarchalne społeczeństwo, a wśród mężczyzn przewagę ma zawsze ten silniejszy. Zupełnie jak w świecie zwierząt, gdzie jednak czasem zaszczuty pies, choćby nawet najbardziej mizernej budowy, może poczuć, że nadszedł czas, aby się odgryźć.
„Dogman” to znakomity portret psychologiczny prostego człowieka, którego naiwne podejście do rzeczywistości nie uratowało przed zanurzeniem się w prawdziwe bagno. Jeżeli przymknąć oko na nieco zbyt oczywiste porównanie do świata psów, film Garrone oferuje solidną porcję kryminalnej esencji. „Dogman” ukazuje bowiem narodziny przestępczości bez konwencjonalnych ozdobników, kładąc nacisk na banalność i nieuchronność zła. Jest coś przygnębiającego w złu, które człowiek zgotował człowiekowi, zwłaszcza gdy oglądamy je w pewnym sensie oczami zwierzęcia.
Tomasz Szelestowski

 

Dodaj komentarz