Requiem dla stołecznego handlu. (Nie)gospodarność po warszawsku

Bazarki, małe rodzinne sklepy, szerzej – lokalny handel jest podstawą miejskości. Niestety, władze stolicy od lat prowadzą politykę niechętną rodzimym kupcom. W efekcie w Warszawie królują galerie i dyskonty. Bazarki są „na wykończeniu”, a z rodzinnych sklepów trzymają się jedynie te, mające licencje na alkohol. I też nie wiadomo na jak długo.

fot. Wojtek Skalski/wikipedia By Wojtekskalski (Own work) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC BY-SA 4.0-3.0-2.5-2.0-1.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0-3.0-2.5-2.0-1.0)], via Wikimedia Commons

O losie lokalnych kupców piszemy w Telegrafie od lat. Niestety, choć argumenty przedstawiane w obronie handlujących są logiczne – to kupcy tworzyli zręby polskiego kapitalizmu w latach90., nie są innowacyjną gałęzią gospodarki, a więc nie ma żadnej potrzeby, by promować podmioty zagraniczne – polski handel w wielu polskich miastach przegrywa  w nierównej konkurencji z zagranicznymi podmiotami, głównie dyskontowymi. Zagraniczne podmioty mogą liczyć na wsparcie lokalnych władz i nierzadko życzliwych lokalnym władzom mediów. Nie inaczej jest w Warszawie. Podczas rządów ekipy Hanny Gronkiewicz-Waltz zniszczono kupców z Kupieckich Domów Towarowych. Pomimo, że mieli oni plan budowy ładnej i estetycznej galerii handlowej, odprowadzali do budżetu niezłe środki, zostali z pl. Defilad brutalnie usunięci. Argumentem była konieczność budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które nie powstało do dziś (a kupców usunięto w 2009 roku, a więc osiem lat temu!).

W przypadku KDT doszło do awantury, w białych rękawiczkach pozbyto się za to kupców z przejść podziemnych pod dworcem Centralnym. Powstała spółka Warszawskie Przejścia Podziemne, która po prostu wynajęła teren przejść od Miasta Stołecznego Warszawa. I zaraz po wynajęciu podniosła handlującym czynsze, nawet o kilkaset procent. Doszło do awantury, jednak tym razem miasto mogło umyć ręce – przecież czynsze podnieśli nie urzędnicy ale prywatna, wynajmująca jedynie przestrzeń od miasta spółka.

Innym przykładem są kultowe targowiska, których charakter może zostać zmieniony. Niedawno pisaliśmy o pl. Szembeka, gdzie targowisko zmieniło się nie do poznania, w coś na kształt galerii. Jak zakończy się ten eksperyment – za wcześnie by wyrokować. Dogorywa natomiast bazar Różyckiego, kultowe miejsce na handlowej mapie stolicy.

Polskiego handlu w Warszawie nie tylko mało kto broni, ale przeciwnie – wszelki przejaw aktywności handlowo-usługowej napotyka na opór mediów, głoszących rzekomo liberalne wartości. W imię owego „liberalizmu”, który w swych założeniach zakłada wolny rynek, bazary i targowiska są atakowane jako „mało estetyczne” i „niszczące przestrzeń miejską”.

Tymczasem to handel jest podstawą przestrzeni miejskiej w większości europejskich miast. Bazary, targowiska, jarmarki to fundament miejskiej gospodarki. Podobnie jak handlowe ulice, pełne kolorowych wystaw, przy których zatrzymują się mieszkańcy i turyści. Podstawą handlu na Zachodzie znów stają się rodzinne, niewielkie sklepiki. Wszędzie, tylko nie w Polsce, gdzie promuje się zagraniczne dyskonty. Do konkretnych spraw problemów handlujących w stolicy będziemy wracać.

Antoni Zankowicz

Dodaj komentarz