Dziecko i artystka. Recenzja „Whitney” Kevina Macdonalda

„Whitney” to wiernie opowiedziana historia jednej z najbardziej przebojowych artystek dwudziestego wieku. W tej historii wzlotów i upadków artystki kluczową rolę odgrywa dzieciństwo.

Egghead06 talk; https://creativecommons.org/licenses/by/3.0/

„Whitney” Kevina Macdonalda to typowy przykład modnego ostatnio gatunku widowiskowego dokumentu biograficznego. Dwugodzinny portret podziwianej na całym świecie piosenkarki Whitney Huston ma wszelkie zalety tego rodzaju kina: unikalne nagrania archiwalne, wywiady z najbliższymi, a nawet walor poznawczy w postaci ujawnienia nieznanego wcześniej, przykrego faktu z życia piosenkarki. Film „Whitney” powiela jednak także wady podobnych dokumentów, a główną z nich jest schemat wałkowania biografii „po bożemu”, od „urodziła się…” aż po pogrzeb. Ten schemat został wtłoczony w dość sztywną konwencję opowiadania osnutego na kilku osłuchanych przebojach. Trudno jednak robić z tego zarzut – to po prostu wiernie opowiedziana historia jednej z najbardziej przebojowych artystek ubiegłego wieku, która ponadto rolą „Bodyguardzie” (1992) zasłużyła przecież na to, by kino odwdzięczyło się jej solidnie opowiedzianą historią. To historia drogi rozwoju, lecz także – nie da się ukryć – upadku artystki.

Nie ma chyba przesady w stwierdzeniu, że renesans mody na biograficzne momenty zbiega się z premierą „Sugar Mana” (2012) Malika Bendjelloul. Idące jego śladem filmu takie jak „Marley” (2012) tego samego Kevina Macdonalda czy „Amy” Asifa Kapadii (2015) w pewnym sensie przywracają pamięć o gwiazdach muzyki, choć każdy robi to na swój sposób. Tytułowy Sugar Man – czyli Sixto Rodriguez został wręcz odkryty na nowo przez kino (drugorzędny piosenkarz z dnia na dzień przebił wówczas wszystkie wakacyjne przeboje). Jeszcze inaczej było w wielowarstwowym projekcie „Kurt Cobain: Montage of Heck” Bretta Morgena, w którym ożywały nawet dziecinne rysunki późniejszej gwiazdy rocka, aby odtworzyć klimat dorastania Kurta Cobaina. Jednak wszystkie te filmy łączy jedno: starają się one przybliżyć widzom osobiste, czasem intymne oblicze znanych postaci, które zazwyczaj kłóci się z ich medialnym wizerunkiem. W filmie Kapadii – ale także w „Whitney” ta pęknięta tożsamość zawsze zapowiada początek kłopotów.

A te kłopoty mają na imię „narkotyki”. Whitney Huston pochodziła z dość dobrze sytuowanej rodziny – ojciec był wpływowym politykiem w New Jersey, a matka znaną wykonawczynią, występującą między innymi z Arethą Franklin. Rodzina miała bliskie związki z Kościołem, a jej największego skarbu – czyli małej Nippy, jak nazywano przyszłą gwiazdę – strzeżono jak oka w głowie. Jednak wokół było getto, a dla czarnoskórych lata osiemdziesiąte oznaczały narkotykowy boom. Wszędzie pachniało trawką, a wielu nastolatków bez problemu mogło spróbować kokainy. Whitney była jedną z nich. Kiedy wszystko układało się po jej myśli bycie na lekkim haju nie stanowiło problemu. Kłopoty na dobre zaczęły się, kiedy rozpadały się jej kolejne relacje – z asystentką-partnerką, mężem, ojcem. Opłakane skutki przynosiły kolejne nieudane występy i utrata głosu, który był przecież największym talentem Huston. Reżyser filmu zdaje się – podobnie jak było to w dokumencie o Amy Winehouse – oskarżać otoczenie artystki o bierność, niedostateczną reakcję na staczanie się po równi pochyłej człowieka, którego traktowano trochę jak zacinający się bankomat: „póki zarabia, niech ćpa”.

„Whitney” nie stanowi bilansu życia bohaterki, nie ma w tym filmie zresztą zbyt wiele moralizowania – oskarżenie o bierność otoczenia pozostaje w sferze sugestii. Chodziło raczej o pokazanie kariery piosenkarki na tle jej czasów i typowych dla epoki zawirowań społecznych. Trudno nie odnieść wrażenia, że w dość monotonnym rytmie opowiadania dość nieoczekiwanie na punkt kulminacyjny wyrasta scena wykonania przez czarnoskórą śpiewaczkę amerykańskiego hymnu. Jej nacisk na „czarne brzmienie” pozwolił wielu kolorowym Amerykanom zjednoczyć się wobec idei państwa, kojarzącej się często z opresją wobec mniejszości. Mimo oszałamiającej kariery Huston pozostała więc w gruncie rzeczy dziewczynką z getta w New Jersey. To dzięki muzyce, która ją otaczała od dzieciństwa, miała poczucie misji na scenie. W tym wypadku jednak dzieciństwo miało także i ciemną stronę, co potwierdza, że skrzywdzone dziecko – jakkolwiek mocno nie chciałoby tego w sobie zagłuszyć – stanie się na koniec ofiarą autodestrukcyjnej tożsamości.

Tomasz Szelestowski

Dodaj komentarz