Dlaczego doszło do tragedii… Brylewski skatowany przez pomyłkę?!

Legendarny muzyk Robert Brylewski, współzałożyciel „Armii” i „Brygady Kryzys”, zmarł 3 czerwca. Kilka miesięcy wcześniej został brutalnie pobity – prokuratura wyjaśnia, czy obrażenia wtedy doznane mogły być bezpośrednią przyczyną śmierci. Dlaczego jednak mężczyzna padł ofiarą napaści? Okazuje się, że to najprawdopodobniej skutek koszmarnego zbiegu okoliczności.

fot. freeimages.com

Brylewskiego, który w ostatnim okresie swego życia mieszkał na warszawskiej Pradze, nie trzeba chyba specjalnie przedstawić, bo był „człowiekiem instytucją” w świecie muzycznym. Gitarzystą, kompozytorem, śpiewał i pisał teksty. Należał do założycieli grupy „Armia”, także kapeli „Brygada Kryzys”. W czasie PRL-u był na cenzurowanym przez komunistyczne władze, protestował przeciwko tamtemu ustrojowi, a nawet był zatrzymywany przez Milicję Obywatelską. Do dziś jest wspominana sytuacja z grudnia 1981 roku, gdy pijany zomowiec potrącił kobietę, a Brylewski nazwał go „kurwą z orzełkiem”, starsi Czytelnicy zapewne doskonale wiedzą co to oznaczało.

Gdy 3 czerwca tego roku nadeszła smutna wiadomość o śmierci Roberta Brylewskiego wiele osób oddawało mu hołd.

„Graliśmy nie raz na różnych festiwalach, na wspólnych imprezach” – mówił na antenie Polsat News Paweł Kukiz. – „Mimo różnic światopoglądowych bardzo go szanowałem, bardzo szanowałem jego wolność”.

O tym kim był Brylewski świadczy również niecodzienna sytuacja, do której doszło na Twitterze. Dwie osoby, które na co dzień nie ukrywają wobec siebie niechęci (a to i tak delikatne określenie), tym razem zgodnie przyznały, że odszedł wielki człowiek. Te wpisy zamieścili… Sławomir Cenckiewicz i Lech Wałęsa.

Ale dlaczego 57-letni muzyk zmarł? Do zgonu doszło podczas hospitalizacji w klinice przy ulicy Szaserów w Warszawie, od tygodni mężczyzna był w śpiączce. Oficjalna przyczyna śmierci: „niewydolność krążeniowo-oddechowa”. W ostatnich miesiącach Brylewski był pod stałą opieką lekarzy. Miał to związek z wydarzeniami, do których doszło na początku roku.

W nocy z 27 na 28 stycznia do mieszkania wynajmowanego przez muzyka przy ulicy Targowej, próbował wtargnąć nieznany mężczyzna. Dzisiaj wiadomo, że to 41-letni Tomasz J. Zaatakował Brylewskiego, brutalnie skatował, muzyk trafił do szpitala w ciężkim stanie. Miał między innymi uszkodzoną czaszkę.

Prokuratura Rejonowa Warszawa Praga Północ wyjaśnia jak doszło do napaści. I wszystko wskazuje na to, że to mogła być tragiczna pomyłka.

W mieszkaniu, które wynajmował Brylewski, wcześniej przebywali rodzice Tomasza J. On jednak nie wiedział, że wyprowadzili się kilka miesięcy wcześniej. Tamtej nocy był pijany i około godziny trzeciej zaczął dobijać się do drzwi. Otworzył Brylewski, a Tomasz J. zaskoczony widokiem obcego mężczyzny siłowo wejść do środka, bo sądził, że jego bliscy są w niebezpieczeństwie. Tą wersję wydarzeń potwierdziła w rozmowie z portalem onet.pl wiceszefowa prokuratury.

„Napastnikiem, zamieszkałym na stałe poza Warszawą, kierowało – jak wyjaśnił – przekonanie, iż wewnątrz znajduje się jego matka wymagająca pomocy” – tłumaczy onet.pl prokurator Edyta Szczykutowicz.

W trakcie śledztwa wykluczono, że aby pomiędzy Tomaszem J. i Robertem Brylewskim był jakikolwiek konflikt, mężczyźni nie znali się wcześniej, prawdopodobnie tamtej nocy widzieli się po raz pierwszy w życiu.

„Wszystko wskazuje na to, że nie miało znaczenia, że to akurat on (Brylewski – dop. red.) otworzył mu drzwi. Podobnie zachowałby się (Tomasz J. – dop. red.) zapewne także wobec każdego innego mężczyzny” – stwierdził we wczorajszym reportażu onet.pl.

Łucja Czechowska

Dodaj komentarz