Paryż z pocztówki? Recenzja Zimnej Wojny

Nagrodzony za reżyserię w Cannes Paweł Pawlikowski w „Zimnej wojnie” opowiada historię kochanków, lecz także zderza ze sobą dwa światy: stalinowski PRL i Paryż czasów egzystencjalizmu. 

Mimo pozornego podobieństwa do „Idy”, najnowszy film Pawła Pawlikowskiego to wypowiedź o wiele bardziej osobista i emocjonalna. W nagrodzonej na festiwalu w Cannes „Zimnej wojnie” (nagroda za najlepszą reżyserię) wychowany w Polsce reżyser opowiada osadzoną w czasach wczesnego PRL-u historię skomplikowanej miłości dwojga Polaków, którzy szukają dla siebie miejsca pomiędzy folklorystycznym zespołem pieśni i tańca a paryskimi kawiarniami. Końcowa dedykacja podpowiada, że inspiracją dla fabuły mogła być historia rodziców Pawlikowskiego, a z pewnością była nią droga życiowa samego reżysera – emigranta, który poznał świat po obu stronach żelaznej kurtyny oraz paradoksy, których doświadcza człowiek w zderzeniu z tymi dwoma światami.

Podobieństwa pomiędzy oboma filmami są oczywiste. Czarno-biała stylistyka oraz (współcześnie) nietypowy format obrazu 4:3, przypominająca kino lat pięćdziesiątych. O ile jednak każdy niemal kadr „Idy” przepełniony był chłodnym dystansem, czarno-białe ujęcia „Zimnej wojny” nasycone są całą paletą emocji: od szarości stalinizmu po siermiężny hurraoptymizm socrealistycznych haseł. Od rzewności ludowych melodii po dziarski rytm ich folklorystycznych aranżacji. Od poczucia beznadziei życia w komunistycznym systemie po szampański nastrój paryskiej cyganerii. Bohaterowie film miotają się pomiędzy skrajnie różnymi stanami i, jak przystało na melodramat, nie mogą odnaleźć szczęścia.

Poznają się w zespole pieśni i tańca „Mazurek”. On (Tomasz Kot) jest aranżerem, którego ambicje wykraczają poza wykonywanie cepeliowskiego folkloru. Ona (Joanna Kulig) – zdolną śpiewaczką po przejściach. Oboje są ludźmi wrażliwymi, których uwiera socrealistyczny anturaż. Dla obojga zbyt wysoka jest też polityczna cena za karierę w czasach stalinizmu. Ich ucieczka jest oczywistą konsekwencją niedopasowania do tego grubo ciosanego świata. Kolejny rozdział tej melodramatycznej historii rozgrywa się więc w Paryżu czasów egzystencjalizmu i jazzu. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że i tutaj „słowiański urok” pary głównych bohaterów jest trochę nie na miejscu, a ich miłość wcale nie rozkwita na paryskim bruku. I tutaj artystów dopada przecież szara rzeczywistość – lekkość bytu na rynku fonograficznym może okazać się równie nieznośna jak śpiewanie piosenek o Stalinie w „Mazurku”. Bohaterowie na chwile tylko zdążą zachłysnąć się życiem artystów w mieście Edit Piaf, lecz szybko zrozumieją, że znów trzeba uciekać.

Nostalgia, tęsknota i ciągła ucieczka wyznaczają więc charakterystyczny, nieregularny rytm filmu. Być może najbardziej efektowne wydarzenia – tak jak próba przejścia przez granicę dzielącą Berlin Wschodni od Zachodniego – reżyser ukrywa pod zagadkową elipsą. Upływ czasu, którego rytm wyznaczają rozstania i powroty, uwypukla przemiany historyczne, a jednocześnie ukazuje ich względność. Zmieniają się daty, ludzie u władzy, style muzyczne, a to, co najważniejsze pozostaje niezmienne: niezbywalne poczucie wyobcowania. Zaskakujące przejścia montażowe zderzają także dwa światy – zapyziałego PRL-u i przepełnionego blichtrem Zachodu. To zderzenie przynosi jednak paradoksalne wnioski. Dla bohaterów liczy się ich własny świat, a świat zewnętrzny to tylko efektowna dekoracja, która jednak raz po raz w brutalny sposób ingeruje w ich życie.

Współautorem scenariusza „Zimnej wojny” był zmarły w ubiegłym roku Janusz Głowacki. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tragiczna historia kochanków, których niemożliwa miłość popycha do bezustannego przekraczania granic, zyskała dzięki niemu walor pogodnej ironii. Jako nietuzinkowy intelektualista i pisarz, który poznał zarówno życie w PRL-u jak i na Zachodzie, Głowacki dostrzegał zapewne w tej historii cząstkę losu polskich emigrantów, dla których życie w kraju było nie do przyjęcia, zaś wyjazd na Zachód nie oznaczał wcale osiągnięcia ziemi obiecanej. Ironiczny dystans pozwalał mu ponadto dostrzegać nawet w najtragiczniejszym położeniu absurdalne konsekwencje wynikające z funkcjonowania w obu tych rzeczywistościach. To unikalne doświadczenie człowieka zawieszonego pomiędzy Wschodem i Zachodem stało się także udziałem Pawlikowskiego, który dla BBC realizował filmy dokumentalne poświęcone między innymi rosyjskiej literaturze. Tegoroczna nagroda w Cannes pokazuje, że to doświadczenie jest nie tylko cennym składnikiem polskiej tożsamości, ale też integralną częścią europejskiego dziedzictwa.

Tomasz Szelestowski

Dodaj komentarz