Ursus: Straszył, groził, nękał. Na koniec zostawił granat. Doszło do eksplozji

Przez wiele miesięcy mieszkaniec Ursusa był dręczony przez mężczyznę, który stawał się coraz agresywniejszy. W końcu napastnik zostawił, na wycieraczce przed drzwiami mieszkania ofiary, granat. Jedynie szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że – po eksplozji – nikt nie został ranny. Prokuratura właśnie zakończyła śledztwo przeciwko Andrzejowi M.

fot. freeimages.com

 Dramatyczne sceny rozegrały się w środowy poranek 28 czerwca zeszłego roku. Bladym świtem lokatorzy bloku na ulicy Sosnkowskiego (na stołecznym Ursusie) zauważyli, że przed wejściem do mieszkania na czwarty piętrze leży przedmiot przypominający granat. Niezbyt podobny do tych jakie znamy z wojennych filmów, nie wykluczano, iż może to być atrapa, ale nikt nie zamierzał ryzykować, aby sprawdzać osobiście. Dlatego natychmiast wezwano policję, przyjechali też saperzy i strażacy. Ci ostatni ewakuowali mieszkańców. O ile bez problemu wyprowadzono osoby z pięter poniżej „zagrożonego terenu”, to pojawił się kłopot jak pomóc ludziom z mieszkania, przed którym znaleziono granat. Znaleziono sposób – pod ich oknami pojawił się podnośnik, a strażacy pomogli wyjść przerażonym ludziom.

Takie środki bezpieczeństwa okazały się jak najbardziej uzasadnione. Ledwo bowiem zakończono ewakuację, gdy doszło do eksplozji. Początkowo policja była ostrożna w ocenie sytuacji. Rzecznik komendanta stołecznego policji podkomisarz Sylwester Marczak potwierdził jedynie, że doszło do eksplozji.

– Nikt nie został ranny – zapewnił.

Oczywiście, natychmiast rozpoczęto poszukiwania osoby, która podłożyła granat przed drzwiami mieszkania. Najpierw przesłuchano lokatorów będących celem ataku. Szybko wyszło na jaw, że od dawna są dręczeni. Ujęcie sprawcy nie było trudne. Wpadł po kilku godzinach.

„W środę późnym wieczorem policjanci zatrzymali podejrzanego o podłożenie ładunku wybuchowego mężczyznę. Na razie policjanci ustalają, dlaczego to zrobił. Mieszkańcy bloku twierdzą, że chodzi o osobiste porachunki” – podał Super Express.

Napastnikiem okazał się 41-letni mieszkaniec Pruszkowa. Andrzej M. był doskonale znany stołecznym policjantom, bo już wcześniej notowany za rozmaite „grzeszki”.

„W trakcie zatrzymania był zaskoczony i nie stawiał oporu” – przekazały służby.

Ze względu na okoliczności zdarzenia śledztwo przejął Mazowiecki Wydział Zamiejscowy Departamentu do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Trwało niespełna rok.

W tym tygodniu poinformowano, że postępowanie zostało zakończone.

„Mężczyzna został oskarżony o popełnienie od listopada 2015 roku do czerwca 2017 roku pięciu czynów zabronionych, którymi został pokrzywdzony jeden z mieszkańców Warszawy. Czyny te polegały na nękaniu pokrzywdzonego i grożeniu mu” – ujawniła prokuratura

Na tym lista zarzutów stawianych podejrzanemu się nie zakończyła. Odpowie bowiem za to, że skonstruował „przyrząd wybuchowy, który swoją konstrukcją, wyglądem oraz sposobem działania był analogiczny jak granat. Następnie Andrzej M. podłożył go w bloku pod drzwiami mieszkania pokrzywdzonego”.

Prokuratura podkreśla, że naprawdę niewiele brakowało do tragedii:

„Podczas podjętych działań mających na celu sprawdzenie i rozbrojenie urządzenia wybuchowego skonstruowanego przez oskarżonego nastąpiła jego eksplozja, która rozerwała mosiężne urządzenie na wiele odłamków. Uszkodziły one ściany klatki schodowej, sufitu oraz przebiły drzwi jednego z mieszkań i uszkodziły jego ściany”.

Dlatego Andrzej M. został oskarżony o usiłowanie zabójstwa z użyciem materiałów wybuchowych i grozi mu kara nawet dożywotniego pozbawienia wolności

 

Łucja Czechowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*