Powieść z życia pisarek. Tomasz Szelestowski o najnowszym filmie Romana Polańskiego

W przewrotnej „Prostej historii” Polański sprawnie posługuje się stereotypami na temat literatury, aby obnażyć wampiryczny charakter sztuki.

fot. materiał prasowy dystrybutora Monolith Films

 

W swoim nowym thrillerze psychologicznym Roman Polański konsekwentnie realizuje sprawdzony schemat kina kameralnego, pozostając jednocześnie wiernym „ulubionym” obsesjom: kryzysu twórczego oraz lęku przed toksyczną relacją. „Prawdziwa historia” opowiada o dwóch kobietach zaplątanych w dziwną współzależność, opartą na przyciąganiu się przeciwieństw. Starsza – popularna pisarka (Emmanuelle Seigner) szuka pomysłu na nową powieść. Młodsza – autorka-widmo, pisząca na zlecenie biografie słynnych osobistości (Eva Green) początkowo jako intrygująca nieznajoma (następnie jako powierniczka największych tajemnic) niebezpiecznie głęboko wchodzi w życie swojej starszej koleżanki po fachu. Być może najbardziej oryginalnym walorem „Prawdziwej historii” jest właśnie wybór głównych bohaterek, bowiem po raz pierwszy bodaj od czasu „Wstrętu” z Catherine Deneuve Polański zrezygnował z damsko-męskiego napięcia (lub typowo męskich dramatów), kierując swoją uwagę w stronę kobiecej wrażliwości.

Akcja filmu w zgrabny sposób zamyka się pomiędzy premierą jednej książki pisarki, Delphine, a zaskakującym finałem pracy nad kolejną powieścią. Wszystko to, co pomiędzy tymi dwoma punktami, wypełniają zmagania z białą kartką (a raczej pustym plikiem programu Microsoft Word), poronionymi pomysłami, telefonami od wydawców, samotnością oraz lekami na bezsenność. Chciałoby się powiedzieć: zwyczajna codzienność literata. Lecz Polański przewrotnie posługuje się stereotypami dotyczącymi pracy pisarza, aby obnażyć dwie dość banalne prawdy. Pierwsza: że literatura to wampiryczna branża, która domaga się od artysty ofiary z własnego życia – odseparowania od społeczeństwa, rodziny, a w końcu przelania na papier własnej intymności. Druga: że współczesny rynek literacki to nie mniej okrutna bestia, która domaga się, aby co druga książka opatrzona była dopiskiem: „oparte na prawdziwej historii”, co w prosty sposób prowadzi do absurdalnego pomieszania pojęcia prawdy i fikcji. Stąd zatem pochodzi ironiczny tytuł filmu.

Idąc dalej za tropem przewrotnego tytułu odnajdujemy w „Prawdziwej historii” całą sekwencję zagadek, za pomocą których Polański próbuje zaangażować modelowanego przez siebie widza w grę pod hasłem: prawda czy fałsz? Aktorski pojedynek Emmanuelle Seigner i Evy Green w zamierzeniu twórców ma dodawać całej sytuacji pikanterii. Początkowo wydaje się, że obie kobiety reprezentują dwie strony zawodu pisarki. Różnice pomiędzy wrażliwą Delphine a drapieżną i diaboliczną Elle z czasem jednak się zacierają, a niektóre perypetie pomiędzy nimi niepokojąco oscylują między fikcją, nieprawdopodobieństwem i czystym zmyśleniem.  Problem polega na tym, że nie jest to zbyt pasjonująca gra. Na korzyść filmu należy zaliczyć muzykę Alexandra Desplata, która wszystkie stereotypowe motywy splata w obsesyjnym, miarowym i intrygującym rytmie. W wielu momentach ścieżka dźwiękowa przykrywa nazbyt rozwlekłą fabułę pewną warstwą zagadkowej elegancji.

Podobnie jak w niedawnej „Rzezi” i kilku klasycznych już tytułach z lat sześćdziesiątych (typowym przykładem jest właśnie „Wstręt”) Polański dowodzi swojej reżyserskiej sprawności, ograniczając się do zaledwie kilku głównych postaci i dwóch lub trzech miejsc, w których toczy się akcja. Jednak nie w tej inscenizacyjnej skromności leży słabość „Prostej historii”. Polański sięgnął po stare jak świat tematy, lecz nie dodał tej opowieści nawet pozorów oryginalności. Film zawieszony jest pomiędzy dwoma banałami (prawda psychologiczna o destrukcyjnej roli literatury i prawda o rynku literackim) i żadnego z tych tematów nie zgłębia w satysfakcjonujący sposób.

Dla wielu widzów „Prawdziwa historia” to film, który powstał „zamiast” innego tytułu. Od kilku dobrych lat Roman Polański nosił się z zamiarem realizacji projektu poświęconego aferze Dreyfusa. Opowiedzenie historii słynnego skandalu sądowego z okresu belle époque w oczach wielu komentatorów miało być pretekstem dla reżysera, aby pośrednio skonfrontować się z osobistą historią – człowieka, który we własnym mniemaniu jest ofiarą amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Być może „Prawdziwa historia” stanowi pośrednio rozpęd przed filmem, w którym – znów – prawda zostanie pożeniona z fikcją. Można tylko mieć nadzieję, że tym razem w bardziej brawurowy sposób.

Tomasz Szelestowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*