Komendant zabił, dostał dożywocie. Ale „wyborczy skandal” umorzono

 

 Mariusz W. to były komendant policji na stołecznej Białołęce. I pierwszy w historii mundurowy, który za zabójstwo został skazany na dożywocie – jego ofiarą padł Dariusz S. Motyw? Finansowe rozliczenia. Od wyroku minęło już kilka lat. Podobnie jak od umorzenia innego śledztwa z udziałem policjanta, które warto przypomnieć przed wyborami samorządowymi. Wprawdzie zostało umorzone, ale uzasadnienie do dziś wzbudza wątpliwości.

 

fot. policja

Dariusz S. miał 52 lata, pochodził z Ciechanowa, działał w biznesie. Interesy prowadził również  w Legionowie. W lutym 2011 roku mężczyzna zniknął – po kilku tygodniach fragmenty jego ciała znaleziono w lesie. Poćwiartowane zwłoki ktoś próbował spalić. Sekcja przeprowadzona w zakładzie medycyny sądowej wykazał, że do ofiary oddano co najmniej cztery strzały z broni palnej. Najprawdopodobniej pistoletu.

Śledztwo w sprawie bestialskiej zbrodni prowadziła Prokuratura Okręgowa Warszawa Praga. Bardzo szybko „kryminalni” doszli do wstrząsających wniosków.

Jeszcze w marcu 2011 r. zatrzymano Mariusza W. Wówczas 46-letniego komendanta policji na warszawskiej Białołęce. Mężczyzna trafił do aresztu z zarzutem zabójstwa Dariusza S. Jaki miałby mieć motyw?

Odkryto, że pomiędzy mężczyznami doszło do nieporozumień na tle finansowym. Policjant prowadził bowiem sklep (formalnie zarejestrowany na żonę) w pomieszczeniach podnajmowanych od przyszłej ofiary, nie płacił regularnie za najem, uzbierała się spora sumka długu. Rzekomo kilkanaście tysięcy złotych. Tragicznego dnia spotkali się, aby porozmawiać. Dariusz S. bowiem stanowczo domagał się pieniędzy. Dlatego zginął.

Nieco wyprzedzając fakty – Mariusz W. został oskarżony o zabójstwo. Jego proces toczył się przed  praskim sądem. Policjant nie przyznawał się do winy, podawał alibi, ale jego wersja wydarzeń została uznana za całkowicie niewiarygodną. Kolega, który początkowo twierdził, że w kluczowym czasie przebywał w policjantem, wycofał zeznania, gdy dowiedział się, że chodzi o zabójstwo. Z kolei narzędziem zbrodni najprawdopodobniej był służbowy pistolet jednego z mundurowych służących w komisariacie na Białołęce. Szef wziął broń od niego, oddał po kilku godzinach, później odkryto, że strzelano z niej. Pomimo to Mariusz S. szedł w zaparte.

„Stała się rzecz straszna, zginął człowiek, ale ja z tą sprawą nie miałem i nie mam nic wspólnego. Zawsze stawałem w obronie osób słabszych i zawsze stawałem po stronie dobra. Przez 20 lat pełniłem nienaganną służbę” – mówił na sali rozpraw (cytat za tvnwarszawa.pl).

Po ogłoszeniu wyroku – winny i skazany na dożywocie – sąd przyznał, że z podobną sprawą się nie spotkał. Aby doświadczony policjant, przełożony innych stróżów prawa, popełnił tak okrutną zbrodnię.

Zanim jednak ruszył proces Mariusza W. za zabójstwo biznesmena, wybuchł kolejny skandal z udziałem komendanta. Kategoria przestępstwa była całkowicie inna, ale i tak wywołane zostało ogromne zamieszanie. Prokuratura początkowo milczała o swoim odkryciu, ale w końcu media poznały tajemnicę.

Gdy w marcu 2011 r. zapadła decyzja o zatrzymaniu Mariusza W. i w jego domu pojawili się „kryminalni”, przeszukano całą nieruchomość. Sprawdzono również samochód komendanta, a w bagażniku auta znaleziono „niespodziankę”. Był to karton pełen kart wyborczych, wypełnionych, z oddanymi głosami. Bez wątpienia pochodziły z wyborów samorządowych na prezydenta Warszawy, które odbyły się kilka miesięcy wcześniej (jesienią 2010 r.) i wygranych przez Hannę Gronkiewicz-Waltz. Było to kilkaset kart, wszystkie pochodziły w jednej komisji.

Prokuratura nigdy nie potwierdziła na kogo oddano głosy na kartach znalezionych w aucie Mariusza W. Nieoficjalnie podawano jedynie, że na przedstawicieli różnych komitetów wyborczych. Jaki jednak cudem znalazły się w samochodzie policjanta? Dlaczego nikt wcześniej nie zauważył ich braku? I to przez ponad pół roku. Na te, i wiele innych, pytań szukali prascy prokuratorzy w odrębnym postępowaniu.

Przesłuchano dziesiątki osób – wśród nich członków obwodowej komisji wyborczej, z której pochodziły dokumenty, przedstawicieli Państwowej Komisji Wyborczej. Nie udało się wyjaśnić wszystkich wątpliwości, ale i tak w pod koniec 2011 roku śledztwo zostało umorzone. Nie wskazując winnych skandalu.

„Nie można mówić o przestępstwie. Karty w bagażniku Mariusza W. znalazły się przez przypadek (…) Zaraz po wyborach policjanci pomagali członkom komisji w przewiezieniu paczek z kartami do archiwum i jedną przeoczyli. Później przekazali ją swojemu komendantowi, czyli Mariuszowi W. Ten włożył paczkę do bagażnika i o niej zapomniał. Do całej sytuacji doszło przez przypadek – tłumaczyła „Gazecie Polskiej Codziennie” prokurator Renata Mazur, ówczesna rzecznik praskiej prokuratury.

Taka wersja wydarzeń do dziś wzbudza poważne wątpliwości

 

Łucja Czechowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*