Swojska gęba hipokryzji. „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej

„Twarz” Małgorzaty Szumowskiej to nie tylko opowieść o przeszczepie, lecz także atak w społeczeństwo zamknięte.

Plakat promujący film. fot. materiały dystrybutora

„Twarz”, najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej, wpisuje się w bogatą tradycję polskiego kina konfrontującego bohatera-odmieńca z nieufnym i nielubiącym odstępstw od normy otoczeniem. Jacek (w roli głównej Mateusz Kościukiewicz) ma w sobie coś z Kowalskiego-Malinowskiego z „Salta” Tadeusza Konwickiego. Być może łączy go również dalekie pokrewieństwo z głównym bohaterem „Ederly’ego” Piotra Dumały. Od początku jasne jest, że ten młody mężczyzna nie pasuje do zbiorowości. Wywodzi się z niezbyt zamożnej rodziny rolniczej o tradycyjnych przekonaniach, mieszka w wiejskim regionie gdzieś na południu Polski. Jednak pędząc powiatowymi szosami swoim czerwonym maluchem, w którym głośno słucha metalu, zdaje się być kimś w rodzaju dzisiejszego wiejskiego odmieńca. Nie jest to jednak buntownik z wyboru – jego pozycja outsidera to raczej rodzaj zgrywy, poczucia pyszałkowatej wyższości wobec bliskich, sąsiadów czy kolegów z pracy. Szumowska nie szczędzi zresztą przerysowań, aby grubą kreską podkreślić odmienność Jacka – już to, że nosi długie włosy i znoszone rockowe ubranie budzi niezadowolenie współziomków.

„Twarz” to jednocześnie zjadliwa satyra, której siła tkwi w sugestywnym – aczkolwiek mocno przejaskrawionym – obrazie prowincji. Wraz ze współautorem scenariusza (Michałem Englertem) zbudowała gęstą i duszną atmosferę „domu złego”. Jego mieszkańcy, wzajemnie sobie obmierzli, po gombrowiczowsku zadają sobie ciosy ostrogami. Budują poczucie wspólnoty wokół ubitego na święta świniaka i sprośnych, rasistowskich żartów przy wigilijnym stole. Scenarzyście nie próbowali naśladować wiejskiej gwary, ale udowodnili, że mają znakomity słuch do potocznego języka i polszczyzny w jej wulgarnym wydaniu.

Nieco więcej wątpliwości budzi sposób konstruowania fabuły. W punkcie zawiązania akcji, w którym Jacek doznaje trwałego okaleczenia wskutek wypadku przy budowie gargantuicznej figury Chrystusa Króla (oczywiste nawiązanie do posągu ze Świebodzina), film zamienia się w coś w rodzaju przypowieści, czy jak chcą opisy reklamujące „Twarz” – „współczesną baśń o człowieku, który stracił twarz”. Niestety narracja traci w tym momencie swój zadziorny, teledyskowy rytm, a w dalszej części filmu reżyserka mozolnie odsłania wszystkie poziomy ludzkiej nieufności, nadużywając przy tym rozmytych kadrów i przewidywalnego puentowania scen dialogowych.

Konsekwencje dla fabuły są oczywiste – na tle tak przedstawionej społeczności bohater z wioskowego odmieńca staje się persona non grata. Powrót Jacka do domu po nowatorskim przeszczepie tylko chwilowo staje się sensacją sezonu, a sam mężczyzna początkowo traktowany na zasadzie cyrkowej ciekawostki, traci wszystko – pracę, kobietę, a nawet drwiącą pobłażliwość rodziny dla swojej inności. Czarna koszulka i długie włosy? To jeszcze było do przełknięcia. Z pokiereszowaną twarzą nawet matka nie poznaje syna. Szumowska nie bawi się w subtelności, wyraźnie wskazuje palcem na powierzchowność spojrzenia na drugiego człowieka. Niewątpliwie jest to atak w społeczeństwo zamknięte i oswojoną, ludową hipokryzję.

Właśnie ten element wydaje mi się w owej „współczesnej baśni” najciekawszy. Reżyserka kojarzona z lewicowymi poglądami nie zawahała się uderzyć w „Twarzy” w antypopulistyczny ton, być może po raz pierwszy wybrzmiewający tak mocno w polskim kinie od czasów późnych filmów Barei. Szumowska pokazuje przecież tę gorszą twarz prostego człowieka, chowając na chwilę wrażliwość społeczną. Z pełną konsekwencją przyprawia swoim bohaterom gęby pieniaczy i zawistników, którzy nawet podczas pogrzebu myślą o tym, jak wyrolować bliźnich w walce o spadek po nieboszczyku. Odziera ich ponadto z rubasznego uroku, które podobnie niegodziwe postacie mają na przykład w filmach Wojciecha Smarzowskiego.

Nie czuję się tu jednak inteligenckiej wyższości. Podobnie jak kiedyś Bareja, Szumowska nie usprawiedliwia degeneracji społeczeństwa, pokazując jednocześnie, że to warunku społeczno-ekonomiczne „ogłupiają ludzi”. Tutaj mają one podwójną twarz – strywializowanego przesłania Kościoła z jednej strony (znakomity Roman Gancarczyk w roli wiejskiego proboszcza, troszczącego się jedynie o zewnętrzne pozory wiary, których emblematem jest wspomniana figura Chrystusa) i mediów lansujących skomercjalizowany styl życia z drugiej. O tym właśnie jest pierwsza scena filmu, w której ludzie gromadzą się bladym świtem przed sklepem. Za chwilę market otworzy swoje podwoje, a ludzie zaczną się taranować na drodze do celu, którym jest nowy telewizor w promocyjnej cenie. Na razie jednak czekają. Mimo że charakter kolejek się zmienił, można dostrzec w tych twarzach tę samą bezmyślność, którą w PRL-owskich ogonkach dostrzegał Bareja.

Tomasz Szelestowski

Dodaj komentarz