Porwali ukraińskiego biznesmena. Oskarżeni: to były żołnierz, baliśmy się go

Zwabili Mykolę B. pod pretekstem zrobienia interesu, a w rzeczywistości czterech mężczyzn zaplanowało – tak twierdzi prokuratura – porwanie. Biznesmen z Ukrainy został uwolniony dopiero, gdy zgodził się zapłacić ogromny okup. Przed sądem w Warszawie trwa proces w tej sprawie. Oskarżeni przedstawiają całkowicie inną wersję wydarzeń.

 

Mykola B. ma 49 lat i jest obywatelem Ukrainy, ale od dłuższego czasu przebywa również w Polsce, tutaj także prowadzi interesy. Chyba z powodzeniem, bo – jak przyznają osoby znające mężczyznę – prowadził dość wystawny tryb życia. Zresztą przez to miał zwrócić na siebie uwagę przestępców, którzy mają „bogatą” przeszłość kryminalną.

Pod koniec lutego 2016 roku przedsiębiorca handlujący m.in. drewnem otrzymał mailem propozycję zrobienia nowej transakcji.  Autor wiadomości informował, że jest w posiadaniu gruntu, na którym można wybudować kilkanaście domów i potrzebuje dużej ilości drewna. Podał też termin ewentualnego spotkania. Mykola B. dał się skusić.

Wczesnym popołudniem 25 lutego pojechał do wsi koło Grodziska Mazowieckiego. Tam czekało na niego dwóch mężczyzn, z którymi udał się do „biura”. Tam było jeszcze dwóch nieznajomych. Gdy jednak Ukrainiec przekroczył próg został natychmiast zaatakowany.

„Oskarżeni skrępowali pokrzywdzonego i znęcali się nad nim bijąc rękoma i pałką oraz używając gazu łzawiącego, a także dusząc go założoną na szyję pętlą i przywiązując do łóżka” – informował kilka miesięcy temu Michał Dziekański z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Porywacze zażądali okupu za uwolnienie biznesmena – 100 tysięcy euro lub 450 tysięcy złotych. Równocześnie grozili, że jeśli nie zapłaci, to porwana zostanie także jego żona.

Jak niedawno relacjonował przed sądem Mykola B. w pomieszczeniu, w którym został uwięziony, stały dwa łóżka. Jedno miało być właśnie dla kobiety. Straszyli, że będą ją gwałcić na jego oczach.

„A potem sprzedadzą do Emiratów albo do Turcji jako prostytutkę” – relacjonował zeznania Mykoli B. reporter tvnwarszawa.pl

W tej sytuacji mężczyzna zgodził się spełnić żądania porywaczy. Zapewnił, że przekaże gotówkę, a część okupu spłaci w towarze, którym handluje. Dzięki temu następnego dnia został uwolniony. Bandyci od razu też asekurowali się na wypadek wpadki. Przed wypuszczeniem Ukraińca kazali mu napić się wódki, a żonie miał powiedzieć, że imprezował przez całą noc. Poza tym zmusili go do wzięcia do ręki pistoletu. Grozili, że zastrzelą przypadkową osobę, a wina spadnie na niego. Pomimo takich „zabezpieczeń” zostali zatrzymani.

W połowie listopada zeszłego roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie zakończyła śledztwo skierowaniem aktu oskarżenia. Czterem mężczyznom – Łukaszowi M., Wiesławowi Z., Dawidowi Z. i Robertowi G. – zarzucono pozbawienie wolności ofiary połączone ze szczególnym udręczeniem. Grozi za to do 15 lat pozbawienia wolności.

„Wszyscy podejrzani byli uprzednio karani, w tym jeden aż 14-krotnie (odbywanie ostatniej z kar pozbawienia wolności zakończył w listopadzie 2015 r.)” – podkreślał prokurator Dziekański.

Przed warszawskim sądem nadal trwa proces. Żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy. Składając wyjaśnienia Dawid Z. nie zaprzeczał, że znał Mykole B., ale równocześnie twierdził, iż Ukrainiec nie był uczciwy w interesach i oszukał wiele osób, a tym samym narobił sobie wrogów. Zaprzeczył – podobnie jak koledzy, że doszło do jakiegokolwiek porwania. Mało tego, przekonywał, że Mykola B. pobity został na Ukrainie, ale naraził się ludziom, których się boi i dlatego wskazał na ich czwórkę.

– My się go baliśmy. To jest były żołnierz. Znał różne osoby. Groził nam – przekonywał Dawid Z.

 

Łucja Czechowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*