Staruszek ofiarą chciwej kobiety. Monika A. nie wyjdzie z więzienia

Niewiele brakowało, a ta zbrodnia nie wyszłaby na jaw. Zamordowany został bowiem samotnie mieszkający staruszek, przedsiębiorca z wielkim majątkiem, ale nie mający krewnych. Gdy zniknął, nikt tego nie zauważył. Mordercy ponieśli jednak surową karę. Ostateczne orzeczenie wydał w środę Sąd Najwyższy.

Najpierw ogłuszyli staruszka butelką, potem podcięli gardło. fot freeimages.com

Monika A. pozornie miała wszystko, aby zrobić zawodową karierę: inteligentna, posiadała wyższe wykształcenie, ambitna. Imała się różnych zajęć. Przez krótki czas pracowała nawet jako więzienna strażniczka. Choć poznała życie za kratami, to nie wyciągnęła z tego doświadczenia właściwej lekcji, a wtedy mogła przecież poznać słuszność dwóch reguł: po pierwsze nie ma zbrodni doskonałej, po drugie przestępstwo nie popłaca. Zamiast tego uknuła makabryczny plan. Co gorsza, zrealizowała go.

Jesienią 2013 roku kobieta poznała 86-letniego Aleksandra P., który był przedsiębiorcą doskonale znanym wśród warszawskich handlarzy nieruchomościami, dzięki pracy zgromadził pokaźny majątek liczony w milionach. Równocześnie jednak staruszek nie miał żadnych krewnych ani przyjaciół. Żył całkowicie samotnie.

Po kilku miesiącach znajomości Monika A. zdobyła zaufanie mężczyzny i zaczęła przygotowania do zbrodni. Miała też wspólnika, którego z łatwością omotała – wówczas zaledwie 19-letniego Grzegorza R.

Na Sadybie kobieta wynajmowała mieszkanie, a w maju 2014 roku zwabiła tam Aleksandra P. pod pozorem wyceny nieruchomości. Mężczyzna nie wyczuł podstępu i pojechał na spotkanie. Gdy wszedł do mieszkania został zaatakowany przez morderców, którzy przygotowali zasadzkę. Do dziś nie wiadomo kto zadał śmiertelne ciosy, bo para zbrodniarzy wzajemnie obarczała się winą, ale podczas śledztwa prokuratura odkryła, iż najpierw ofiara została ogłuszona butelką po szampanie, a później biznesmenowi poderżnięto gardło.

Zwłoki wyniesiono w walizce i wywieziono do lasu koło Płońska, gdzie zostały zakopane. Po kilku tygodniach mordercy wrócili na miejsce, wykopali ciało i spalili. Wtedy miała im pomagać 15-letnia koleżanka Grzegorza, która przerażona tym co się stało, zdradziła sekret siostrze, a ta opowiedziała koledze pracującemu w policji. W ten sposób o zbrodni dowiedziała się również prokuratura.

 – Inaczej prawdopodobniej sprawa nie wyszłaby na jaw, bo pomimo upływu sporego czasu nikt nawet nie zgłosił zaginięcia Aleksandra P.

– przyznali śledczy.

Po zatrzymaniu przez mundurowych, Grzegorz P. bardzo szybko poszedł na współpracę i podał makabryczne szczegóły. W konsekwencji postawiono jemu i wspólniczce zarzut zabójstwa Aleksandra P., a po zgromadzeniu całego materiału dowodowego, wysłano akt oskarżenia do Sądu Okręgowego w Warszawie.

W kwietniu 2016 roku oboje zostali skazani. Monika A. na dożywocie, a Grzegorz R. na 25 lat pozbawienia wolności. W uzasadnieniu orzeczenia sędzia podkreślił, że kary „nie są surowe, one są sprawiedliwe”. Wprawdzie obrona zaskarżyła orzeczenie, ale w drugiej instancji utrzymano je w mocy.

Ostatnią deską ratunku dla oprawców miała być kasacja. Sąd Najwyższy rozpatrzył ją i w minioną środę uznał za bezzasadną. Uzasadniając postanowienie sędzia Andrzej Ryński podkreślił, że wina oskarżonych nie budzi żadnych wątpliwości, a ich cynizm przeraża.

Zwrócił też uwagę na motyw działania Moniki A., która chciała przejąć nieruchomości Aleksandra P. Sporządziła nawet kilka dokumentów i podrobiła podpis ofiary, rozpoczęła też poszukiwania notariusza. Gdy nikt nie chciał dobrowolnie pomóc w zrealizowaniu ostatniego punktu zbrodniczego planu, wymyśliła coś innego. Chciała uwieść notariusza, a łóżkowe igraszki z nim nagrać ukrytą kamerą, a później szantażować prawnika nagraniami. Nie zdążyła tego zrobić, bo wpadła.

 

Łucja Czechowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*