Aferę trzeba do bólu wyjaśnić. Ale pamiętajmy, że wśród spadkobierców też są ofiary

Dzika reprywatyzacja w Warszawie kojarzy się z milionowymi stratami miasta, a przede wszystkim z dramatami wyrzucanych z własnych lokali, gnębionych przez czyścicieli kamienic lokatorami. Warto jednak pamiętać, że ofiarami są także byli właściciele i ich spadkobiercy. Nie mający nic wspólnego z reprywatyzacyjną mafią, pozbawieni majątków w PRL. Dziś utożsamiani z handlarzami roszczeń, choć sami też są ofiarami.

Nowe prawo reprywatyzacyjne, jak i orzecznictwo sądowe muszą uwzględniać dobro zarówno lokatorów jak i sapdkobierców. fot. freeimages.com

Tak naprawdę z problemem reprywatyzacji kojarzeni są zazwyczaj wyrzucani ze swoich domów lokatorzy. Słusznie mówi się o ich tragedii, stara się im pomóc. Jednak przy okazji zapomina się o ludziach, którzy są także ofiarami. O byłych właścicielach i ich spadkobiercach. Ludzie ci wbrew obiegowej opinii nie są najczęściej żadnymi kamienicznikami i bogaczami, ale zwykłymi mieszkańcami, którzy stracili dorobek życia za komuny. Często bywało tak, że walka o odzyskanie majątku (w postaci np. dwupokojowego mieszkania) toczyła się latami. A gdy zrezygnowany, sędziwy właściciel bądź spadkobierca widział, że walka jest przegrana, zgadzał się za grosze sprzedać komuś, kto deklarował, że „ma czas się użerać”. Nabywca – handlarz roszczeń – nabywał prawa do mieszkań, bądź całych budynków. Resztę historii znamy.

Problem w tym, że projekt tzw. Dużej Reprywatyzacji nie w pełni zabezpiecza tych ludzi. Należy stworzyć takie mechanizmy, aby pogodzić interes lokatorów (dlatego nie może być oddawania budynków z ludźmi), interes publiczny, jak i interes spadkobierców. Tego wymaga zwykła przyzwoitość.

Łucja Czechowska

Dodaj komentarz