Dlaczego zabiła dwoje dzieci? Nie wie…. Półtora roku po zbrodni na Stalowej

Ta zbrodnia wstrząsnęła półtora roku temu mieszkańcami warszawskiej Pragi. Ofiarą bestialskiego morderstwa padła  26-letnia Paulina i dwójka malutkich dzieci kobiety. Przed sądem trwa proces Magdaleny M., która do dziś nie potrafi wyjaśnić dlaczego zrobiła coś tak potwornego. Przyznała się „jedynie” do zabójstwa koleżanki.

 

Przyjaciółkami trudno byłoby je nazwać, ale dobrymi koleżankami już na pewno tak. 32-letnia Magdalena M., która już jako nastolatka zaczęła odurzać się narkotykami, zawsze w ciężkich chwilach (a tych nie brakowało) mogła liczyć na wsparcie nieco młodszej Pauliny L. Ta druga także nie miała łatwego życia, ale starała się być dobrą matką dla dwójki dzieci: mającej 8 lat córeczki Oliwii i zaledwie rocznego synka Norberta. Samotnie je wychowywała mieszkając z maluchami w niewielkiej kawalerce w kamienicy przy ulicy Stalowej na warszawskiej Pradze.

To właśnie tam doszło do tragedii, którą odkryto w nocy z 1 na 2 listopada 2015 roku. Z mieszkania na parterze wydobywał się gęsty dym i sąsiedzi wezwali pomoc. Zanim jednak strażacy dotarli na miejsce, mieszkający w pobliżu krewni Pauliny ruszyli na pomoc, bo wiedzieli, że w środku powinna być kobieta i jej dzieci. Weszli przez okno i jako pierwsi znaleźli ciała trójki ofiar.

– Bliżej okna leżała dziewczynka, a zaraz za nią chłopczyk – wspominał przed sądem jeden z mężczyzn.

Już wstępne oględziny nie pozostawiły żadnych wątpliwości, że doszło do zbrodni. Paulina L. miała bowiem poderżnięte gardło. Natomiast sekcja zwłok dzieci wykazała, ze zmarły w wyniku zatrucia dwutlenkiem węgla.

Policjanci szybko wytypowali główną podejrzaną i po kilku dniach zatrzymano Magdalenę M., która trafiła do aresztu. Niemal od razu przyznała się zabójstwa koleżanki. Dlaczego to zrobiła? Początkowo spekulowano, że chodziło o finansowe rozliczenia, bo kobiety przy okazji Wszystkich Świętych handlowały pańską skórką na cmentarzu bródnowskim. Prawda okazała się inna – poszło o mężczyznę.

Wprawdzie Magdalena M. podczas przesłuchań wielokrotnie zmieniała treść wyjaśnień, ale zawsze podkreślała, że nie planowała zabójstwa. Tamtego wieczora, odurzona mefedronem, poszła do koleżanki, bo chciała porozmawiać. Obwiniała Paulinę o to, że rozpadł się jej związek. W trakcie spotkania doszło jednak do ostrej wymiany zdań.

„Nie przejęła się tym, ze się rozstaliśmy. Chyba szła mi otworzyć drzwi na do widzenia. I wtedy to się stało” – cytował słowa oskarżonej reporter tvnwarszawa.pl relacjonując przebieg pierwszej rozprawy podczas procesu przed Sądem Okręgowym Warszawa Praga, który rozpoczął się w grudniu 2016 roku.

Magdalena M. chwyciła za kuchenny nóż i zadała śmiertelne ciosy. Nie poprzestała na zabójstwie koleżanki. Najpierw przeszukała mieszkanie, zabrała telefony komórkowe, niemal półtora tysiąca złotych w gotówce, a nawet zdjęła cztery pierścionki z palców martwej kobiety! Na koniec zaprószyła ogień w dwóch miejscach, choć doskonale wiedziała, że w pokoju obok śpią Oliwia i Norbert. Wyszła zamykając drzwi, a tym samym nie dając dzieciom żadnych szans na ucieczkę.

– Wskutek tego działania doszło do pożaru i śmierci dzieci pokrzywdzonej w wyniku zatrucia tlenkiem węgla – wyjaśniał dziennikarzom prokurator Łukasz Łapczyński  z Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga po zakończeniu śledztwa.

Magdalena M. została oskarżona o potrójną zbrodnię. Przyznała się do zabójstwa Pauliny L. Kategorycznie zaprzeczyła, aby chciała zabić dzieci. I takie stanowisko podtrzymała podczas procesu.

Morderczyni grozi dożywocie. Trudno wyobrazić sobie, aby wyrok był inny.

 

Łucja Czechowska

fot. freeimages.com 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*