Śmierć za murami aresztu na Grochowie. I wciąż to pytanie: Kto winien?!

fot. freeimages.com

Do tragedii w areszcie na stołecznym Grochowie doszło w czerwcu, ale dopiero kilka tygodni temu na jaw wyszły okoliczności dramatycznych wydarzeń. Zmarła młoda kobieta. Czy można było tego uniknąć? Niestety, im dłużej trwa „wyjaśnianie” przyczyn, tym więcej pojawia się emocji. A co gorsze, również wątpliwości…

Adres Aresztu Śledczego w Warszawie Grochowie nie jest żadną tajemnicą – ulica Chłopickiego 71a. Osoby znające tamte tereny doskonale wiedzą, że to urokliwy zakątek – przylega bowiem do rezerwatu krajobrazowego przyrody „Olszynka Grochowska”. To jednak niewielkie pocieszenie dla osób przebywających w„śledczaku”, bo oni mają zbyt wiele poważnych problemów, aby podziwiać widoczki roztaczające się za murem.

Przeznaczony jest dla osób tymczasowo aresztowanych, czyli podejrzanych o popełnienie przestępstwa, ale trafiają tam również kobiety po raz pierwszy skazane na karę pozbawienia wolności, czy młodociani w warunkach zakładu półotwartego.

Ustalona pojemność jednostki organizacyjnej to łącznie 633 miejsca” – podaje na stronie internetowej Służba Więzienna.

Do niedawna wśród osadzonych tam osób była 38-letnia Agnieszka P. Kobieta, która miała szansę na karierę w sektorze finansowym (wyższe wykształcenie, praca w banku), ale spróbowała sił w biznesie i przeinwestowała. Na dodatek poznała mężczyznę i był to związek nazywany „toksycznym”. Ona zrobiłaby dla niego wszystko, on ją wykorzystywał. Tak przynajmniej twierdził matka kobiety.

Agnieszka straciła wolność, bo popełniła kilka drobnych kradzieży (głównie sklepowych), a przede wszystkim nie skorzystała z dawanej jej kilkukrotnie szansy. W wyroku miała m.in. orzeczony obowiązek wykonania prac społecznych, nie zrobiła tego i kurator zawnioskował o „odwieszenie” wykonania kary. Dlatego pod koniec stycznia trafiła do celi.

Przez pierwsze tygodnie nie działo się nic niepokojącego. Po prostu więzienna rutyna. W marcu kobietę przetransportowano jednak na Dolny Śląsk, bo była świadkiem w jednym z procesów toczących się przed tamtejszym sądem. Niestety, podczas pobytu w Zakładzie Karnym nr 1 we Wrocławiu stan zdrowia Agnieszki P. dramatycznie się pogorszył, była apatyczna, osłabiona. A po powrocie (pod koniec maja) do aresztu na Grochowie było już tylko gorzej. Nie dawała rady chodzić o własnych siłach. Aż doszło do tragedii. Wieczorem 7 czerwca kobieta zmarła.

Kolejne miesiące rozmaite instytucje – w tym Służba Więzienna, a przede wszystkim prokuratura – wyjaśniały dlaczego doszło do śmierci osadzonej, ale opinia publiczna nie wiedziała, że doszło do dramatu. Do ostatniego dnia września. Gdy na portalu onet.pl ukazał się wstrząsający reportaż Janusza Schwertnera ze znamiennym tytułem „Agnieszka. Śmierć monitorowana”.

Umierała przez tydzień na oczach kilkudziesięciu osób. Chudła, nie oddawała moczu i przestała wstawać z łóżka. Lekarz mówił, że udawała. Aż w końcu Agnieszka padła z wycieńczenia” – napisał dziennikarz we wstępie artykułu.

W dalszej jego części zrelacjonował historię Agnieszki P., nie tylko podał dlaczego trafiła za kratki, ale przede wszystkim skoncentrował się na stanie zdrowia kobiety, zachowaniu funkcjonariuszy przed ostatnim dniem jej życia i tego co się działo po śmierci. Nie ma wątpliwości – to nie było materiał pochlebny dla Służby Więziennej.

Największe jednak wrażenie robi pytanie postawione w tekście:

„Jak to możliwe, że przez tydzień pracownicy aresztu śledczego na warszawskim Grochowie bezczynnie przyglądali się umieraniu Agnieszki?” – dociekał J. Schwertner, któremu udało się ustalić, że przyczyną zgonu było „zapalenie mięśnia sercowego, rozległe stany zapalne wielu organów i świeże objawy po zawale serca”.

Nic dziwnego, że po reportażu wybuchła awantura. Nie tylko medialna, ale również polityczna. Tę drugą można obserwować z niesmakiem. Nie wnikając kto ma rację, wykorzystywanie śmierci do wzajemnego okładania się przez posłów (bez znaczenia jaką noszą legitymację) jest czymś niestosownym. Dlatego darujemy sobie ten wątek.

Natychmiast na publikację onet.pl zareagowała Służba Więzienna. Z ogromnymi pretensjami, a nawet zarzutami wobec… dziennikarza! Jak można było się domyślić – najbardziej zabolał cytat z „bezczynny przyglądaniem się umieraniu Agnieszki”.

„Osadzona w Areszcie Śledczym w Warszawie-Grochowie przebywała przez tydzień (od 30 maja 2017 roku). W trakcie tego czasu trzykrotnie była konsultowana przez lekarzy, dodatkowo ze względu na sygnały o jej złym samopoczuciu dwukrotnie wzywane było pogotowie ratunkowe (3 czerwca i 7 czerwca). Ponadto, nikt z funkcjonariuszy nie zachowywał się w sposób opisany przez Onet – zapewniała kapitan Arleta Pęconek, rzecznik Dyrektora Okręgowego Służby Więziennej w Warszawie.

Podkreśliła, że to funkcjonariusze SW powiadomili prokuraturę, ale równocześnie coś niepokojącego przyznała…

„Chodzi o sygnalizowanie złego stanu osadzonej w dniu 7 czerwca 2017 r. Ustalono istnienie sprzecznej wersji wydarzeń przedstawianych przez personel oddziału mieszkalnego tj. oddziałowych i wychowawców oraz przez więzienną służbę zdrowia. Według pierwszych, przekazywali oni informację o pogarszającym się samopoczuciu osadzonej personelowi medycznemu, lekarz natomiast zaprzecza by ktoś informował go o powyższym. W efekcie mogło nie dojść do niezbędnej konsultacji medycznej” – wyjaśniała kpt. Pęconek.

Komunikat wydał również major Elżbieta Krakowska, reprezentująca dyrektora generalnego Służby Więziennej, która w ponad 20 punktach opisała kalendarium dramatycznych wydarzeń. Przede wszystkim zdemontowała, że „sprawa była zamiana pod dywan”, bo już 7 czerwca , czyli w dniu śmierci Agnieszki, wezwano prokuraturę, powiadomiono policję oraz wydział penitencjarny w sądzie.

„Niezależnie od wyników postępowania prokuratorskiego w sprawie prowadzonego leczenia należy podkreślić, że teza jakoby osadzona została pozbawiona przez funkcjonariuszy możliwości uzyskania opieki medycznej jest nieprawdziwa. Funkcjonariusze wielokrotnie na prośbę osadzonej organizowali konsultacje medyczne i badania i nie mogą ponosić odpowiedzialności za ich efekt i postawione diagnozy. Twierdzenia o ich rzekomej bezduszności wobec śmierci osadzonej są nieprawdziwe i naruszają dobre imię funkcjonariuszy i całej Służby Więziennej” – podkreśla mjr Krakowska.

Nadal jednak brakuje odpowiedź na najważniejsze pytanie: dlaczego zmarła młoda kobieta, choć powinna mieć zapewnioną fachową opiekę medyczną. Teoretycznie.

Niestety, śmierć Agnieszki nie jest jedynym dramatem, do którego doszło w ostatnich miesiącach w celach stołecznych aresztów.

W sierpniu, w ciągu zaledwie kilkunastu dni, dwóch mężczyzn przebywających w jednostce na Białołęce odebrało sobie życie. Najpierw (10 sierpnia) na pasku od spodni powiesił się Marcin K., były naczelnik Pierwszego Śląskiego Urzędu Skarbowego w Sosnowcu, który podejrzany był o łapówkarstwo. A niespełna dwa tygodnie później, w podobny sposób (powiesił się na sznurowadle przywiązanym do łóżka) popełnił samobójstwo inny osadzony. Po tej śmierci odwołano dyrektora aresztu na Białołęce.

Łucja Czechowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*