Seryjny morderca, którego ofiar nigdy nie znaleziono

fot. policja

Przed warszawskim sądem zapadł wyrok w bezprecedensowym procesie. Mariusza B. skazano za zabójstwo czterech osób: męża i córki swojej kochanki, jej partnera na kursie tańca, a także księdza, z którym w przeszłości zbrodniarza rzekomo łączyły intymne relacje. W uzasadnieniu kategorycznie stwierdzono, że nie ma wątpliwości co do winy mężczyzny, choć zabrakło koronnego dowodu każdego zabójstwa – zwłok ofiary.

Pozornie tych spraw nic ze sobą nie łączyło – w przeciągu trzech lat w Warszawie zaginęły cztery osoby, które nie znały się, pochodziły z różnych rejonów stolicy, były w odmiennym wieku, zajmowały się innymi profesjami. A jednak miały wspólny mianownik, który okazał się kluczem do rozwiązania wszystkich kryminalnych zagadek. Niestety, odkryty ma tyle późno, że ofiar było więcej…

Jako ostatni zaginął w grudniu 2008 roku ksiądz Piotr S., który w tamtym czasie pełnił posługę na Sadybie, a feralnego dnia odebrał telefon i został poproszony o spotkanie w pilnej sprawie. Niestety, duchowny nie powiedział nikomu o co chodzi, ani kto był jego rozmówcą. Wsiadł jednak w samochód i pojechał na wezwanie swego – jak dzisiaj wiemy – oprawcy. Wtedy był widziany po raz ostatni. Do dziś tak naprawdę nie wiadomo jaki los go spotkał, poza najważniejszym – ksiądz nie żyje.

Kilkanaście miesięcy wcześniej (w marcu 2007 roku) zniknął biznesmen Henryk S. W jego przypadku od początku było pewne, że mężczyznę uprowadzono. Krewni otrzymywali bowiem SMS-owe wiadomości z błaganiem o wpłacenie na jego konto 50 tysięcy złotych. Odkryto również, że posługując się kartą bankomatową ktoś wypłacił spore sumy pieniędzy. Od dnia zaginięcia jednak nikt ze znajomych lub krewnych nie widział Henryka S. osobiście ani nawet z nim nie rozmawiał.

Najbardziej przerażające były jednak wydarzenia, które rozegrały się przed ponad dwoma dekadami. Tej zbrodni zapewne nie dałoby się uniknąć, ale gdyby wnikliwie ją zbadano, przyjrzano się dokładniej głównemu podejrzanemu, zdobyto dowody przeciwko niemu, być może udałoby się zapobiec śmierci Henryka S. i Piotra S. Okoliczności są tak zdumiewające, że mogłyby uchodzić za wytwór fantazji autora kiczowatego scenariusza filmowego. Niestety, doszło do nich naprawdę. I miały koszmarny epilog.

Chcąc choćby zdawkowo opowiedzieć co się stało, trzeba sięgnąć aż do połowy lat ’90. Na stołecznej Woli mieszkał biznesmen Zbigniew D. – mąż Małgorzaty, ojciec Aleksandry. Na zewnątrz uchodzili za przykładną rodzinę, ludzi sukcesu, dysponujących niemałym majątkiem. Prawda była zgoła inna. W ich związku od dawna działo się bardzo źle, ale najgorsze miało dopiero nadejść.

Kluczowe znaczenie miało poznanie Mariusza B. Znacznie młodszego od małżonków D., potrzebującego finansowej pomocy, a przede wszystkim gotowego do każdej podłości. Zbigniew D. nie tylko wpuścił go do własnego domu, ale wręcz spowodował, że został kochankiem Małgorzaty. Ona najpierw godziła się, bo nie miała odwagi na sprzeciw wobec męża. Z upływem czasu zaczęło jednak łączyć ją uczucie z Mariuszem. Zbigniewowi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Patologiczna sytuacja trwała bardzo długo.

– Żyli w swoistym trójkącie – przyznał nawet sąd.

W 2001 roku Małgorzata ostatecznie opuściła męża i zamieszkała z Mariuszem, ale się nie rozwiodła. To denerwowało jej kochanka, który wiele nachodził Zbigniewa z rozmaitymi żądaniami. Aż w kwietniu 2006 roku rozegrała się tragedia.

Mariusz udawał, że chce zorganizować pojednawcze spotkanie – namówił Zbigniewa do wyjazdu do Pułtuska, gdzie mieli domek letniskowy. Mężczyzna zabrał również córkę. To była jednak pułapka.

Oczywiście, w tej sprawie Mariusz B. był głównym podejrzanym, ale jakimś cudem zdołał się wykpić… Przez jeszcze trzy lata pozostawał bezkarny. A co łączyło go ze zniknięciem Henryka S. i księdza? Gdy to odkryto, ruszyło śledztwo dotyczące poczwórnego zabójstwa.

Biznesmen chodził na kurs tańca, na który uczęszczała również Małgorzata. Ćwiczyli w jednej parze. To był wystarczający powód dla Mariusza B., by uprowadzić i zamordować Henryka S. Znacznie bardziej zagadkowo wyglądają relacje pomiędzy mordercą a Piotrem S. Śledczy odkryli, że przed wieloma latami duchowny pełnił posługę w parafii na Woli, a tam ministrantem był właśnie Mariusz B. Prokurator uznał, że motywem stała się zemsta za domniemane molestowanie seksualne.

Zbrodniarz został zatrzymany we wrześniu 2009 roku. Wpadł również Krzysztof R., który pomagał w uwięzieniu niektórych ofiar. Podczas śledztwa prowadzonego przez warszawską prokuraturę Mariusz B. najpierw przyznał się do uduszenia Zbigniewa D. i jego córki, oraz zamordowania Henryka S. Później potwierdził, że zabił również Piotra S. Nigdy nie wskazał miejsca ukrycia ich zwłok. Wprawdzie później odwołał swoje wyjaśnienia (mówił, że zostały wymuszone), ale zdobyto wiele innych dowodów świadczących przeciwko niemu.

Pierwszy proces psychopaty i jego wspólnika zakończył się wyrokiem skazującym, ale po apelacji obrońcy, orzeczenie zostało uchylone i nakazano ponowne przeanalizowanie sprawy. Podczas kolejnych rozpraw nie odkryto nowych faktów, czy przełomowych świadków.

Pod koniec czerwca tego roku sąd jeszcze raz stwierdził: winni. Dla Mariusza B. wyrok brzmiał: dożywotnie pozbawienie wolności. Z zastrzeżeniem, że o przedterminowe zwolnienie będzie mógł się starać dopiero po upływie 40 lat. Został również pozbawiony praw publicznych na 10 lat. Najbardziej przerażająco zabrzmiały słowa wypowiedziane przez sędziego, który ustnie uzasadniał wymiar kary. Stwierdził, że oskarżony… rozsmakował się w zbrodni. To oznaczało jedno – mógłby zabić znowu. Dlatego musi być izolowany do końca życia.

Natomiast Krzysztof R. ma spędzić w więzieniu sześć lat.

Wyrok nie jest prawomocny.

Łucja Czechowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*